Loading...

piątek, 13 maja 2011

Piotr Listkiewicz: Australia - przeklęta ziemia obiecana

WIELOKULTUROWOŚĆ WE WSTECZNYM LUSTERKU 

O australijskiej wielokulturowości mówi się wiele i głośno w Australii i z jednej strony (oficjalnie) obecny rząd Kevina Rudda jest z niej niesamowicie dumny, z drugiej zaś ma z nią pełno kłopotów. Na poprzedni rząd Johna Howarda, już samo to słowo działało jak płachta na byka, bo skupiał się na pilnowaniu interesów głównie białych i za jego czasów wiele pożytecznych emigranckich ustaw nie przeszło w parlamencie. Termin ten jest znany również Polonii, bo wśród naszej emigracji był niedawno zmarły prof. Jerzy Zubrzycki, zwany „ojcem australijskiej wielokulturowości”, jednakże do jakiego stopnia przeciętny polski emigrant rozumie wielokulturowość, to już oczywiście osobna sprawa.

Naturalnie wielokulturowość była faktem na długo przed przyjazdem do Australii prof. Zubrzyckiego. Już w drugiej połowie XIX wieku w czasie australijskiej gorączki złota zaczęli napływać Chińczycy, przez jakiś czas z wysp Polinezji i Mikronezji przywożono niewolników sprzedawanych następnie białym osadnikom do pracy na plantacjach trzciny cukrowej oraz ściągnięto Afganów wraz ze stadami wielbłądów, które były używane do transportu sprzętu i zaopatrzenia na pola złotonośne. W międzyczasie napływali osadnicy z niemal całej Europy oraz Rosjanie z Syberii i Mandżurii. Przybywali również Polacy ze wszystkich trzech zaborów aż do pierwszej wojny światowej. Po drugiej wojnie, w latach 40’ i 50’ XX w. przybyła wielka fala emigracyjna, w tym bardzo wielu Polaków głównie z Niemiec, Hiszpanie, Włosi, Grecy i Jugosłowianie oraz wielu Żydów. Każda grupa etniczna przybywała ze swoją kulturą, zawierającą różne wyznania religijne, specyficzne zwyczaje, moralność i etykę, zachowanie, potrawy, sposób ubierania się itd. Do dzisiejszego dnia każda z tych grup trzyma się w mniejszym lub większym stopniu razem i niektóre dzielnice określane są jako greckie, włoskie i żydowskie.

Emigranci wnieśli do codziennego życia Australii bardzo wiele. Na przykład, jeszcze w latach 60’ ubiegłego wieku przeciętny Australijczyk nie znał innego obiadu jak półsurowy stek lub rąbanka z paroma pieczonymi kartoflami w mundurkach i kawałkiem dyni. Sałatek i surówek nie znano. Prawie nie znano warzyw i owoców. W połowie lat 80’ bywał u nas w porze obiadowej pewien młody człowiek, który był zdumiony, że my mamy za każdym razem coś innego na stole. Jemu matka podawała codziennie to samo, czasami tylko dynię zastępowała ugotowana w całości marchewka lub łyżka zielonego groszku. Lecz tradycje europejskich emigrantów były zupełnie inne. W początkowych latach Europejczyk stołował się wyłącznie w domu, bo „na mieście” jedzenie było niezjadliwe, zaś chińskiego się brzydził, bo wiadomo było, że można dostać na obiad pieczyste z psa lub kota.

Początkowo greckie, żydowskie i włoskie knajpki powstawały po to, żeby współziomkowie mogli się pożywić jakimś przyzwoitym jedzeniem, za nimi zaczęły powstawać etniczne sklepy i delikatesy. Pomału zaczęli się do nich przekonywać niektórzy „rodowici” Australijczycy i gustować w egzotycznym menu. Obecnie swoje restauracje mają już wszystkie narodowości – najwięcej jest hinduskich, tajlandzkich i chińskich. Nadal istnieją bary z tradycyjnym australijskim jedzeniem, ale świecą pustkami poza godzinami lunchu. Wieczorem azjatyckie, meksykańskie i południowo-europejskie restauracje są oblężone. Typowo australijskie jedzenie można obecnie zobaczyć jedynie na prywatnych party, gdzie na otwartym powietrzu, na tzw. barbeque, smaży się steki, hamburgery i coś co przypomina parówki.

Za wprowadzenie najnowszej mody dla pań i panów, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne z prawdziwego zdarzenia oraz rozmaitość serów, odpowiedzialna jest dość nieliczna, ale silna i wpływowa grupa francuska, która wraz z Włochami i Grekami przywiozła do Australii warzywa i owoce. Niemcy majstrowie nauczyli Australijczyków dokładności i solidności w robocie jaka by ona nie była, a niemieccy farmerzy dali dobry przykład jak uprawiać warzywa i owoce oraz jak utrzymywać porządek w domu i zagrodzie. Wszystkie europejskie nacje mają swoje sposoby pieczenia chleba i innego pieczywa, więc niewielkie piekarnie etniczne z powodzeniem konkurują z wielkoprzemysłowym wacianym „tip-topem”, którego żadna grupa etniczna nie kupuje. Są też ciasta i ciastka – oczywiście najsmaczniejsze polskie i francuskie. Australijskie wyroby cukiernicze to zwykłe bułki z rodzynkami, grubo oblane ckliwym lukrem lub czekoladą i posypane różnokolorowymi cukierkowymi groszkami, zaś ciasta to mieszanina mąki z kakao oblane grubo czekoladą. Arabowie i Żydzi wprowadzili różnego rodzaju placki. Hiszpanie, Meksykanie i grupy emigrantów z Kolumbii, Salwadoru, Peru i Chile swoje, piekielnie ostre potrawy. Włosi to przede wszystkim pizzerie oraz restauracje i kawiarnie, gdzie podaje się spaghetii, canelloni, riavioli, gnocci, lasagne i inne narodowe włoskie przysmaki oraz najlepszą w Australii kawę. Grecy prowadzą liczne restauracje, podobnie jak Hidusi, Chińczycy i Tajlandczycy. Włosi i Grecy to również zieleniaki, gdzie można kupić tanie i świeże owoce i warzywa pochodzące z małych, często organicznych farm.

Oczywiście to emigranci wprowadzili zioła, bez których potrawy są jałowe i bez smaku. Mamy więc teraz przyprawy z Ameryki Południowej, Azji i Europy oraz oleje oliwkowe przywiezione przez Greków, Włochów i Hiszpanów. Wcześniej Australijczycy używali tylko oleju słonecznikowego i mieszanek olejów warzywnych. [...]

Wszystkie nacje poza Polakami trzymają się razem do tego stopnia, że w przypadku niektórych mówi się o „gettach” lub enklawach. Polaków razem można zobaczyć tylko w polskich kościołach oraz w polskich klubach podczas jakiejś polonijnej imprezy lub wyborów zarządu Polonii. Tajemnicą poliszynela jest, że polska grupa etniczna jest dokładnie skłócona. Dlaczego?

Dziewiętnastowieczni polscy osadnicy byli nieliczni w stosunku do innych europejskich nacji. Poza emigrantami z Wielkiej Brytanii, którzy nb. nadal posiadali obywatelstwo brytyjskie i nie uważali się za Australijczyków, największą grupą etniczną w tamtych czasach była grupa niemiecka. Polacy byli nieliczni i przybywali z Polski pod zaborami, co powodowało, że uważani byli za Rosjan, Niemców lub Austriaków. Większość z nich nawet nie była świadoma swojej polskiej tożsamości, jak na przykład pewien pszczelarz z okolic Gatton o nazwisku Crashnyefsky, w którym już z odległości kilometra można było rozpoznać mazurskie geny, twierdził że jest Niemcem. Pochodził z XIX-wiecznej emigracji i oczywiście nie znał ani jednego słowa po polsku i niemiecku, ale zapytany skąd pochodzi jego rodzina, wymienił dość poprawnie niemiecką nazwę Biskupca Reszelskiego. Tacy Polacy od pokoleń wtopili się w australijskie społeczeństwo i o ich pochodzeniu świadczą tylko ich fantastycznie poprzekręcane nazwiska. Nie są i nie czują się Polakami.

Jako się rzekło, najliczniejsze grupy Polaków przyjeżdżały tuż po drugiej wojnie światowej. I tu mamy pierwszy podział, który powoduje niejednolitość Polonii. Żołnierze i oficerowie armii Andersa oraz uczestnicy Bitwy o Anglię przybyli z Wielkiej Brytanii uważali się i do dziś się uważają za klasę o wiele wyższą od tych Polaków, którzy zostali w czasie wojny wywiezieni na roboty do Niemiec i stamtąd przyjechali do Australii. Większość z nich przyjechała z dobrą znajomością angielskiego, oficerowie mieli skończone wyższe studia, zaś ich angielskie koneksje pozwalały na znalezienie od razu dobrej pracy. Marionetkowy „rząd polski” w Londynie ponadawał im ordery, krzyże virtutti militari oraz awanse wojskowe, co sprawiło, że dzisiaj nikogo tam nie ma niższego od pułkownika, majora lub kapitana. Natomiast ta podrzędna grupa z Niemiec składała się głównie z ludzi o bardzo przeciętnej edukacji, często tylko po czterech klasach szkoły podstawowej, bez znajomości języka, bez kwalifikacji w jakichś określonych zawodach. Byli to ludzie z miejskich łapanek i pacyfikacji wsi, często młodzi, którzy nie zdążyli zdobyć jakiegoś wykształcenia. Choć w tamtych czasach z pracą nie było żadnych problemów, mężczyźni prosto z obozów uchodźców byli wywożeni daleko od miast do karczowania buszu, jako pomocnicy na farmach oraz do zbiorów trzciny cukrowej. Kobiety zaczynały jako sprzątaczki i wiele z nich utrzymało się przy tej pracy do emerytury. Mężczyźni po pracy w buszu lub na farmach najchętniej szli do jakieś fabryki – w Brisbane taką „polską” fabryką była cementownia, którą najpierw zbudowali, potem w niej pracowali, zbudowali swoje domy dookoła i tak żyją do dzisiaj. Znajomość angielskiego do dzisiaj u nich kuleje, choć polskiego już prawie zapomnieli.

Pomiędzy tymi dwiema głównymi grupami są pomniejsze, składające się z emigrantów różnych okresów pomiędzy 1956 a 1970 rokiem. Niektórzy zostali ściągnięci przez rodziny, inni nie wrócili do kraju z podróży służbowej, jak np. marynarze, paru piłkarzy i innych sportowców, są także tacy, którzy najpierw wyemigrowali do Ameryki lub Afryki, ale im się tam nie podobało. Jest również sporo Polaków i Polek, którzy wyemigrowali do Australii poprzez małżeństwo. Do tej samej grupy należą również polscy Żydzi, którym łaskawie otwarto granicę w latach 60’ z paszportem w jedną stronę, ale ich się nie zalicza w poczet Polonii – zresztą, wcale o to nie zabiegali wsiąkając od razu w środowisko żydowskie.

Trzecia fala emigracyjna i jeszcze jedna frakcja Polonii, to tzw. „emigracja solidarnościowa” pierwszych lat 80’, do której i ja należę. Nasze przybycie było szokiem dla miejscowej, zasiedziałej Polonii. Trudno nas było zakwalifikować do jakiejś istniejącej już kategorii, bo przede wszystkim przyjechaliśmy z „komuny” i tym samym nie pasowaliśmy ideologicznie do żadnej. Wprawdzie poziom naszego wykształcenia był równy lub wyższy grupie przybyłej prosto z Anglii, ale dyskwalifikował nas w ich oczach fakt jego zdobycia w ustroju całkowicie przeciwnym ich zapatrywaniom. Dla drugiej grupy aspekt ideologiczny nie był tak ważny, ale nasza wyższość intelektualna powodowała, że generalnie trzymano się od nas z daleka.

Swoją drogą nasza grupa była ideologicznie bardzo zróżnicowana. Sam fakt urodzenia się, wychowywania i chodzenia do szkół w PRLu nie ze wszystkich zrobił socjalistów lub komunistów. Wprawdzie indoktrynowano nas na każdym kroku i niektórzy należeli do partii, ale każdy z nas miał swoje zdanie oparte na codziennym doświadczaniu rzeczywistości. W końcu większość z nas uciekła z Polski, ponieważ z takich lub innych względów nie mogliśmy żyć w kraju. Jednakże dla Polonii wszyscy byliśmy jednakowi, obcy i niebezpieczni.

Niektóre rodziny próbowały nas uczyć: To jest fridż (lodówka), a to ti-wi (telewizor), tojlet (toaleta), szauer (prysznic) itd. Gdy z uśmiechem tłumaczyliśmy, że te rzeczy są nam dobrze znane, dziwiono się i obrażano. „To wy to tam mieliście?” – pytali ze zdumieniem ludzie, którzy w Polsce za potrzebą chodzili za stodołę, kartofle, mięso i mleko trzymali w kopcu, a kąpali się w balii parę razy do roku. Z tego głównie względu Polonia nie znała polskich nazw tych rzeczy i uważała je za zdobycze cywilizacji zachodniej, których my w komunie nie mieliśmy. Oczywiście wielu rzeczy faktycznie nie mieliśmy, ale nasz światopogląd był na tyle otwarty, że mieliśmy pojęcie o ich istnieniu i w Australii przyjmowaliśmy je w sposób naturalny.

Nasze wykształcenie też było solą w oku dawnej Polonii. Olbrzymia większość z nas miała średnie wykształcenie w ogólniakach i technikach, wielu miało również wykształcenie w różnych szkołach pomaturalnych oraz dyplomy wyższych uczelni. Omamieni propagandą, która dumnie nam wpajała bujdę o naszej wyższości i dokonaniach Polaków na świecie, byliśmy pewni, że Antypody czekają na nas i nasze wysokie kwalifikacje. Rzeczywistość okazała się inna. Nikt na nas nie czekał, a nasze kwalifikacje były w oczach Australijczyków funta kłaków nie warte. Australia potrzebowała robotników wykwalifikowanych, którzy mogli stanąć w fabryce lub na budowie i od razu pracować tak dobrze i tak szybko, jak tego wymagano, a nie magistrów i inżynierów, którzy w każdym kraju na świecie obijają się osiem godzin dziennie za dobre pieniądze. Takich ludzi Australia już miała.

Nostryfikacja polskich dyplomów nie była prostą sprawą, bo główną przeszkodę stanowił egzamin z angielskiego, który był prawie nie do przebrnięcia. Nasza polska lekarka, której się to udało po czterech latach – nb. musiała powtórzyć studia – opowiadała, że lekarze urodzeni i wykształceni w Australii powiedzieli, że prawdopodobnie oni by tego egzaminu nie zdali. Skala trudności była wywindowana na taki pułap, żeby utrącać już na samym wstępie emigranckich fachowców.

Choć dobre rady Polonii, żeby iść do sprzątania, do fabryk i na budowy, przyjmowane były przez naszą grupę z niechęcią i oporami, jednak prawie wszyscy z naszej fali emigracyjnej przez to przeszli. Różnica polegała na tym, że o ile dawna Polonia na tym poprzestała, nasza grupa potraktowała to jako okres przejściowy i gdy tylko nadarzyła się okazja zmiany pracy na lepszą, oczywiście z niej korzystała. Polacy urodzeni, wychowani i wykształceni w PRLu mieli i nadal posiadają wielką łatwość przystosowywania się do warunków. Angielskiego nauczyliśmy się szybko i równie szybko zorientowaliśmy się w miejscowym stylu życia, co nam pomogło w asymilacji. Choć zdarzali się osobnicy obojga płci, którzy twierdzili, że im się w Australii nie powiodło, mogą mieć jedynie pretensje do samych siebie za wybujałe ego, nie pozwalające im się nagiąć i przystosować do sytuacji. Niektórzy wrócili z rozgoryczeniem i moralnym kacem do Polski po 1989 roku, aby tam jeszcze raz zaczynać od nowa. Jednakże większość stanęła na wysokości zadania i żyje normalnie jak na australijskie warunki i o wiele lepiej niż żyliby w Polsce. Niektóre rodziny dzięki swojej obrotności i pracowitości całkowicie zaćmiły najbogatszych Polaków dawnej emigracji. To oczywiście zwiększyło tylko falę niechęci ze strony starej Polonii.

Można zatem powiedzieć, że fala „solidarnościowa” była najbardziej prężna i po pierwszym okresie, gdy łapaliśmy się każdej pracy i mieszkaliśmy czasami w warunkach o wiele gorszych niż w Polsce, zaczęliśmy bardzo szybko stawać na nogi. Już po paru tygodniach pracy pojawiał się samochód, który w Australii nie jest wyrazem luksusu, lecz palącą koniecznością. Nawet zanim dostaliśmy pracę, z zasiłku dla bezrobotnych bez żadnych kłopotów można było utrzymać rodzinę, zaś już pierwsza praca potrajała dochody i pomimo zaopatrywania się w coraz więcej dóbr materialnych, można było jeszcze coś odłożyć. W ten sposób większość naszej grupy emigracyjnej już w tym drugim okresie zaczęła kupować domy – początkowo skromne i tanie rudery, które remontowało się w weekendy własnym przemysłem, żeby je następnie sprzedawać i kupować nieco lepsze.

Kontakty nowej fali ze starą Polonią urywały się szybko. Z racji swojego wykształcenia i dość szerokich horyzontów pomimo ustrojowej intelektualnej i propagandowej blokady, nasz światopogląd był o wiele bardziej dojrzały niż ludzi, którzy nadal mieli przed oczami obraz sanacyjnej i okupowanej Polski. Stara Polonia nie miała pojęcia co większość z nas przeszła i ile nas kosztowało przykrości i wyrzeczeń, żeby nie tylko przetrwać z dnia na dzień, ale zdobyć wykształcenie i jaką taką pozycję w polskim społeczeństwie. Ponieważ jednak ustrój PRLu miał nie tylko cienie, ale – trzeba sprawiedliwie przyznać – również blaski, często w rozmowach ukazywaliśmy na praktycznych przykładach, jakie aspekty życia w Polsce były lepsze od ustroju kapitalistycznego. To nam oczywiście nie przysparzało przyjaciół – zarzucano nam, że „plujemy na Australię”, która nas „z łaski” przyjęła oraz przyklejano nam etykiety „komunista” i „lewicowiec”. Naśmiewaliśmy się z Rządu Na Uchodźctwie, w którym Polonia była zakochana do tego stopnia, że pokornie płaciła długi wdowy po jakimś polityku, zadłużonej po uszy w rezultacie systematycznego przegrywania w Monte Carlo oraz słowo „królowa Elżbieta” wymawialiśmy z ironią i uśmiechem politowania. To się nie mogło podobać Polakom, którzy byli niesamowicie dumni, że są poddanymi Jej Królewskiej Mości i że mają w Londynie swój rząd dbający o ich interesy – co było nb. totalną fikcją.

Pamiętam głośną sprawę polskiego klubu w jednym z dużych miast Australii, który miał być sprzedany tylko dlatego, żeby go nie oddać pewnego dnia nowej fali emigracyjnej. Wprawdzie w końcu zwyciężył zdrowy rozsądek i klubu nie sprzedano, ale został oddany drugiemu pokoleniu starej Polonii, a ponieważ to drugie pokolenie urodzone jest w Australii i chodziło do australijskich szkół, w klubie mówi się głównie po angielsku.

O zachowaniu polskości i naszego języka napisałem wiele artykułów do prasy polonijnej na przestrzeni ostatnich ponad 25 lat, więc nie będę się tu powtarzał – wspomnę tylko, że pod tym względem stoimy na szarym końcu za wszystkimi emigracyjnymi nacjami i wyprzedzamy chyba tylko Niemców, którzy się dość szybko wynaradawiają i stosunkowo wiele rodzin w domu mówi tylko po angielsku. Najbardziej wierne swojej kulturze i językowi są wszystkie narody azjatyckie, gdzie w domu angielskiego nie używa się w ogóle i następne pokolenia siłą rzeczy doskonale znają języki narodowe. Rodziny są rozległe i istnieje w nich hierarchia wiekowa, dlatego narodowa kultura automatycznie przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobna sytuacja jest w grupach śródziemnomorskich, gdzie kultura narodowa jest pieczołowicie kultywowana. U Polaków wnuczek zna tylko nazwy niektórych polskich potraw, a z babcią musi rozmawiać za pośrednictwem tłumacza. Polska kultura przejawia się prawie wyłącznie w hołubcach wycinanych na scenach polskich klubów, gdzie krakowiaki i oberki tańczą dziewczęta i chłopcy nie znający polskiego, odziani w kostiumy narodowe, zaś chóry okropnie kaleczą słowa polskich ludowych piosenek, prawdopodobnie nie wiedząc nawet o czym śpiewają. Inne aspekty polskiej kultury to pierogi, bigos, kiełbasa i wódka oraz plotki, obmowy i intrygi. [...]

Praca kierowcy autobusowego pozwoliła mi praktycznie poznać przekrój australijskiego społeczeństwa. Robiłem nocną zmianę, bo im dalej, tym zmniejszał się upał, ruch uliczny i liczba pasażerów. Ostatnie dwa kursy przeważnie jeździło się pusto od jednego końcowego do drugiego. Pierwszy kurs miałem o 3-ciej po południu, podczas którego zbierałem dzieci i młodzież z różnych szkół i rozwoziłem po pobliskich dzielnicach. Na początku niezbyt dobrze znałem niektóre trasy, więc zawsze znalazł się jakiś malec, który z dumą pomagał „panu driverowi”, gdzie skręcić w prawo, a gdzie w lewo. Gdy ten jeden wysiadł, na jego miejsce przychodził drugi i prowadził dalej. Co się działo z tyłu autobusu kierowca nie wiedział, bo miał uwagę skierowaną na drogę i zajęty był wypatrywaniem przystanków ukrytych w krzakach. Jednego razu przywędrował do mnie taki mały prawdopodobnie z pierwszej klasy i szepnął mi na ucho: Mister bus driver, oni tam z tyłu całują się z dziewczynami i palą marihuanę. O takich pomagierach ze szkół podstawowych mówiono nam w szkółce autobusowej, jednocześnie ostrzegając, żeby nie korzystać z usług młodzieży szkół średnich, bo dla żartu lub przez złośliwość mogą cię wyprowadzić na takie manowce, że wielkim autobusem ani nie wykręcisz, ani nie cofniesz. Przeżyłem dwa razy coś takiego.

Po rozwiezieniu dzieci następne dwa kursy to yuppies z city. Załadunek idzie szybko i sprawnie, bo wszyscy mają bilety miesięczne. Patrzę w wewnętrzne lusterko i nie widzę ludzi, lecz płachty rozłożonych gazet. Nikt nie rozmawia, choć przecież się doskonale znają z widzenia, bo codziennie wracają tym samym autobusem, a być może są nawet sąsiadami. Nie ma „dzień dobry” ani „do widzenia”, choć na pewno uczono ich tego w szkole, bo ich własne dzieci witają się z kierowcą przy wsiadaniu, a gdy wysiadają mówią „dziękuję, do widzenia”. Dorośli pracujący w city nawet na ciebie nie spojrzą, nie mówiąc o uśmiechu, bo po pierwsze są zbyt dumni z siebie, a ciebie traktują jak służącego, a po drugie ich mózgi pracują na zupełnie innych wibracjach. Biznes, biznes, money, money... kłębi się pod czupryną lub łysiną i żadna inna myśl nie przychodzi do głowy, bo są po prostu na innym kanale. Panienki ze sklepów, banków i instytucji są zmęczone całodziennym uśmiechaniem się i krygowaniem, co powoduje, że często są aroganckie i wyładowują całą swoją kumulowaną złość na kierowcy.

Pozostałe kursy są coraz łatwiejsze. Po powrocie z drugiego kursu z yuppies, city jest już puste i widać tylko sprzątaczy dźwigających odkurzacze z bagażników swoich samochodów do niebotycznych wieżowców z betonu, szkła i aluminium. Jeżeli są jacyś nieliczni pasażerowie, jadą tranzytem do dzielnic usytuowanych po drugiej stronie city. Jeśli jest akurat piątek po południu, część pasażerów to młodzież jadąca do kin i na dyskoteki. Są to te same dzieci, które wiozłeś ze szkoły do domu, lecz teraz wyglądają inaczej – u dziewcząt rozpuszczone włosy, wysokie obcasy, paznokcie, makijaż, biżuteria i oczywiście drogie ciuchy z butików. Chłopcy bez sztywnych szkolnych mundurów też wyglądają inaczej. Oczywiście zachowanie się zmienia wraz z wyglądem i teraz naśladują swoich tatusiów, traktując ciebie jak sługę lub patrząc przez ciebie jak przez powietrze. Są pewni, że ich nie rozpoznajesz.

Ostatni kurs na nocnej zmianie to zbieranina, która z jakichś powodów nie wróciła do domu wcześniej. Sporo pijanej i zanarkotyzowanej młodzieży, łatwe panienki, Aborygeni, sprzątaczki, policjanci, kolejarze, barmani i kelnerki z knajp itd. Jest już dobrze po północy, są zmęczeni i trochę podpici, więc przysypiają, budząc się z drzemki na każdym przystanku.

Pracując na nocnej zmianie nigdy nie miałem większych problemów z pasażerami, ale zanim udało mi się dostać na ten elitarny grafik, pracowałem również na dziennych zmianach, gdzie było najwięcej kłopotów, bo pasażerowie byli inni. Przed południem do city podróżują różne, zawsze eleganckie, dobrze uczesane i ubrane „babcie” na przegląd wystaw sklepowych. Jest to ich jedyna rozrywka pod koniec życia, więc po porannym podlaniu ogródka i obcięciu paru zwiędłych róż, spędzają godzinę przed lustrem i wychodzą na przystanek. I wtedy się zaczyna. „Mister bus driver, przyjechałeś trzy minuty za późno (za wcześnie)” – skrzeczy „babcia”. Po czym ty czekasz i nie jedziesz, bo „babcia” wybiera sobie miejsce w prawie pustym autobusie, a w szkole ci wpajali, że takie pasażerki bywają wywrotne i lepiej poczekać, żeby się usadowiła niż potem płacić jej milion dolarów odszkodowania za ciężkie obrażenia. No więc „babcia” już siedzi, jedziesz, skręcasz pod kątem prostym w inną ulicę i w lusterku widzisz, że „babcia” balansuje w przejściu próbując zmienić miejsce. Powód? Słońce jest po jej stronie i „babcia” próbuje przemieścić się w cień, nie myśląc o tym, że za moment skręcisz ponownie i słońce przejdzie na drugą stronę autobusu. Czasem na następnym przystanku wsiada druga „babcia”. „Babcie” się znają, bo mieszkają w tej dzielnicy od 50-ciu lat, więc zaczyna się rozmowa. Obie przygłuche, a każda siedzi w innym końcu autobusu, więc ich skrzekliwa konwersacja próbująca przekrzyczeć hałas silnika i oddzielający je dystans, toczy się na najwyższych tonach.

Gdy widzisz na przystanku czekającą „babcię”, musisz tak podjechać, żeby pomiędzy stopniem a krawężnikiem było nie więcej niż 10 cm. Nie ważne, że przy okazji składasz lub urywasz lusterko o gałęzie rosnącego przy krawężniku cienistego drzewa. Musisz stanąć dokładnie tam, gdzie stoi pasażerka, bo jak tego nie zrobisz, po przyjeździe do bazy będzie już na ciebie czekało telefoniczne zażalenie i pójdziesz na dywanik do szefa. „Babcie” czują się niezmiernie ważne ze względu na swój podeszły wiek, na status swojego nieboszczyka męża oraz na oddawanie swoich niesamowicie ważnych głosów w wyborach. Szef w bazie musi cierpliwie wysłuchać długiej tyrady wygłoszonej pełnym oburzenia głosem, opisującej ze szczegółami, oczywiście najczęściej wyolbrzymionymi, jak to kierowca stanął metr od krawężnika i kilkanaście metrów przed lub za przystankiem, a potem jechał jak wariat po krętych, dzielnicowych uliczkach rzucając nią jak workiem kartofli po całym autobusie. Do obowiązków szefa należy cię wezwać i zawiadomić o zażaleniu oraz wysłuchać twojej wersji wydarzeń, po czym śmieje się i mówi: OK, Peter, przyjąłeś do wiadomości? To wracaj do roboty. Oczywiście takie sprawy są typowe i nikt ci nie robi koło pióra, niemniej jednak w departamencie transportu mają na komputerach szablon listu, który brzmi mniej więcej tak:

Wielce szanowna pani. Dziękujemy za przekazanie nam swoich uwag, które pomogą usprawnić transport publiczny i zwiększyć starania o lepszą ogładę naszych kierowców. Serdecznie panią przepraszamy za ten niefortunny incydent. Kierowca został wezwany, pouczony o niewłaściwości swojego zachowania i przykładnie ukarany. Zapewniamy, że to się już nigdy nie powtórzy. Z szacunkiem, dyrektor d/s transportu Rady Narodowej.

„Babcia” czyta ten list dwadzieścia razy, wpina go segregatora, od czasu do czasu z dumą pokazuje koleżankom i sąsiadkom. Jest usatysfakcjonowana i dumna z siebie. Do następnego razu.

Pewnego dnia jakaś paniusia wysiadała tylnymi drzwiami z zakupami. Stopień jest nisko, ludzie go zasłaniają, więc zainstalowano tam lusterko, które było zgrane z wewnętrznym lusterkiem wstecznym. Musiał ktoś zawadzić o nie głową i przekręcić, bo stopnia nie widziałem. Paniusia w pewnym momencie mi znikła z pola widzenia i zobaczyłem ją w zewnętrznym lusterku ustawiającą torbę na chodniku. Zamknąłem drzwi i odjechałem. Na następnym przystanku jakiś pasażer przyniósł mi torbę, ale myślałem, że ktoś jej zapomniał na siedzeniu. Przywiozłem ją do bazy, a tu bonanza i wzywają mnie na dywanik. Co się okazało? Pasażerka miała dwie torby, wysiadła z autobusu z jedną, drugą zostawiając na chwilę na stopniu. Gdy się odwróciła po drugą torbę, autobusu już nie było. Kryminał. Szef do niej zadzwonił, wyjaśnił sytuację i przeprosił, po czym inspektor pojechał z tą torbą na drugi koniec miasta, żeby ją dostarczyć. Pasażerka nie była zawzięta i spodobało jej się takie załatwienie sprawy.

Wiele się mówi – i głośno – o australijskich uniwersytetach oraz o tym do jakiego stopnia są przeładowane. Ktoś kto jedynie czyta statystyki może sobie wyobrazić, że wykształcenie młodzieży stoi na bardzo wysokim poziomie. Jednakże ktoś, kto tak jak ja, wodził studentów do uniwersytetów w Brisbane, wie kto się uczy w społeczeństwie australijskim. Parkingi uniwersyteckie są małe i na ogół dla personelu, bo te szkoły się ciągle rozbudowują i stawia się nowe budynki i pawilony zajmując każdy kawałek wolnego miejsca. Studenci nie mają więc innego wyjścia jak korzystać z transportu publicznego, głównie autobusów. Jeżeli więc we wstecznym lusterku widziałem same ciemne twarze, a tylko parę białych, wniosek z tego prosty, że 80 – 90% uczących się to emigranci z różnych krajów Azji.

Przy okazji warto wspomnieć, że i w tym przypadku widać jak na dłoni olbrzymie dysproporcje pomiędzy „kolorową” kulturą a kulturą białych, a właściwie – mówiąc otwarcie – jej brakiem. Przekrój Azjatów w społeczeństwie australijskim jest olbrzymi – reprezentowane są właściwie wszystkie kraje azjatyckie: Indie, Chiny, Japonia, Wietnam, Kambodża, Malezja, Tajlandia, Korea, narody himalajskie, Indonezja, Filipiny oraz ludy muzułmańskie z Pakistanu, Afganistanu, Iranu, Iraku, Emiratów Arabskich i innych krajów Małej Azji, a nawet z Egiptu. Ostatnio mamy emigrantów również z różnych krajów afrykańskich. Wszyscy ci młodzi ludzie są schludnie, przyzwoicie i czysto ubrani, spokojni, uśmiechnięci i uprzedzająco grzeczni. Biały student natomiast ubiera się na ogół w szorty, japonki i co najmniej trzy numery za dużą koszulkę „T-shirt”, która nie tylko nigdy nie doświadczyła żelazka, ale posiada zagnioty na ramionach lub u dołu od zaszczepek, co świadczy, że po prostu rano została zdjęta ze sznurka i założona. Na obliczach mężczyzn trzydniowy zarost nie jest rzadkością, za to głowa jest ogolona na „skina”. W zimie zamiast szortów biali studenci zakładają wyświechtane, często brudne dżinsy, wystrzępione u dołu i z dziurami na kolanach. Taki styl. Białe dziewczyny też ubrane swobodnie – a może nawet zbyt swobodnie, przepasane bardzo mini mini-spódniczką pokazującą całe nogi prawie do krocza, zaś górę mają przykrytą głęboko wydekoltowaną i bardzo za krótką bluzką pokazującą brzuch z pępkiem, w którym na ogół jest kolczyk. Kolczyki oczywiście są wszechobecne – wargi, nos, brwi, a nawet język dokładnie zakolczykowane. Wszystko po to, żeby być „sexy”. Być może jestem prostym chłopem starej daty, ale dla mnie takie ubieranie się jest zwyczajnym brakiem szacunku do nauki i instytucji, w której ją się pobiera. Co innego na plaży lub w nadmorskim kurorcie, a co innego na uniwersytecie.

Zachowanie białych jest niewłaściwe, a często nawet skandaliczne. Biały Australijczyk żyje zazwyczaj na hamburgerach, hot-dogach, czipsach i coca coli oraz na najprzeróżniejszych czekoladowych batonach, więc już od najmłodszych lat jest gruby, nalany i wygląda jak spuchnięty. Otyłość obok alkoholizmu jest pierwszą plagą Australii. W autobusie kolorowi studenci są stłoczeni po troje na jednym siedzeniu lub stoją, bo na kilku innych siedzeniach rozwalone są tu i ówdzie biało-różowe grubasy. Mowy nie ma, żeby taki ustąpił miejsca staruszce, nie mówiąc już o „kolorowej” koleżance z tego samego wydziału. Bez przerwy coś żrą, a na zwróconą uwagę (w autobusach nie wolno jeść, pić i palić), odpowiadają stekiem wyzwisk lub w najlepszym przypadku udają, że nie słyszą. Gęba takiego typa jest zawsze spocona i wściekła, zachowanie aroganckie, a często chamskie. Gdy płaci za bilet, potrafi ci cisnąć pieniądze. Nigdy nie usłyszysz od takiego „proszę” lub „dziękuję”. Dziewczyny są za to zimne, dumne i wyniosłe. Kierowca jest traktowany jak śmieć i nie wolno mu zrobić żadnej uwagi, a jeśli rozpoznają obcy akcent, próbują się na tobie wyżyć.

Biali Australijczycy są fatalnymi kierowcami, co mnie dziwi, bo każdy z nich od niemowlęctwa do późnej starości siedzi w samochodzie i choćby z tego względu powinien mieć prowadzenie samochodu we krwi. Wiedział o tym departament transportu zatrudniając wielu emigrantów, w tym kilkudziesięcioosobową grupę Polaków liczącą w Brisbane w różnych okresach od 20 do 60 kierowców autobusowych. Mieliśmy dobrą opinię za punktualność, wysokie umiejętności, schludny wygląd i dobre stosunki z pasażerami. Natomiast taksówki są zdominowane przez Hindusów, którzy jeżdżą wspaniale.

Grzeczność Azjatów nie wynika bynajmniej ze skrępowania lub niepewności i bojaźni, charakterystycznej dla wielu emigrantów z Europy, a zwłaszcza tych, którzy w początkowym stadium nie znają angielskiego, lecz z właściwego wychowania w domu, gdzie kultywuje się azjatyckie kultury oparte na nieagresji, takcie, właściwie pojmowanej moralności i etyce, pokorze, grzeczności i łagodności. Azjaci są skromni i nigdy nie wiadomo czy wieziesz syna lub córkę milionera, czy na studia chłopaka lub dziewczyny ciężko pracuje cała azjatycka rodzina. Gdy wieziesz białego, całe jego zachowanie świadczy, że stoi za nim wielka forsa i wcale nie musi studiować, bo i tak odziedziczy po „starych”. Jeden taki mi powiedział: „Mam gdzieś te studia, ale stary chce mieć syna z dyplomem, żeby się chwalić przed kumplami. Daje forsę, ale gdybym rzucił studia, źródełko wyschnie i będę musiał szukać roboty”. Tymczasem Azjatom zależy. Niektórzy studenci nie są dziećmi emigrantów, ich rodziny są w Azji, a oni sami po dyplomie wrócą i będą stanowić wykwalifikowaną kadrę swojego kraju. Większość jednak to dzieci emigrantów, którzy stają na głowie, żeby ich dzieci ustawiły się w życiu i nie musiały tak ciężko pracować jak oni.

Efekty nie dają na siebie długo czekać. Wystarczy odwiedzić jakikolwiek szpital lub przychodnię w dzielnicach dalszych od city, aby ujrzeć tam personel składający się głównie z młodych ludzi o kolorze skóry wyraźnie wskazujących ich pochodzenie. Prawie wszyscy lekarze, od zwykłych internistów do specjalistów to Hindusi, Chińczycy i Wietnamczycy. Tak samo personel techniczny, rehabilitacyjny i pracownicy fizjoterapii. Za to personel pielęgniarski to przeważnie biali, co ukazuje, że biała młodzież zainteresowana medycyną kończy na ogół na pomaturalnej szkole pielęgniarskiej. Jak we wszystkich krajach na świecie, pielęgniarki liczą na złapanie lekarza (bez względu na jego kolor) na męża i na porzucenie ciężkiego, nisko płatnego i niewdzięcznego zawodu.

Jedyne wydziały uniwersytetów australijskich, gdzie balans pomiędzy białymi a kolorowymi studentami kształtuje się na poziomie 1:1, to informatyka i biznes, natomiast całkowicie zdominowana przez białych jest polityka i dyplomacja. W Australii wielki biznes jest nadal w rękach białych, zaś na karierę w polityce i dyplomacji żaden emigrant, a zwłaszcza Azjata nie może liczyć w tym kraju, bo po prostu go nie dopuszczą. Australia jest biała i kierowana rękami białych – tak głoszą slogany – i najlepiej, gdy są to biali pochodzący prosto z Anglii lub potomkowie australijskich pionierów. Cóż z tego, że faktycznie biała rasa w Australii zaczyna coraz bardziej zanikać i niedługo stanie się mniejszością narodową – biali Australijczycy nie mają zamiaru oddawać nikomu pałeczki.

Powodem jest drastyczne zmniejszenie dopływu białych emigrantów tak z Wielkiej Brytanii, jak i innych krajów Europy. Australia już dość dawno przestała być „ziemią obiecaną” dla Europejczyków ze względu na położenie geograficzne, przekonanie że jest prowincją świata (co jest naturalnie prawdą) oraz stosunkowo niskimi płacami specjalistów. Dla zwykłych, nisko wykształconych emigrantów Australia też nie jest atrakcyjnym miejscem pobytu, bo któż chce zasilać i tak już wielką liczbę bezrobotnych. W ciągu ostatnich dekad XX wieku australijscy biznesmeni i przedsiębiorcy przenieśli prawie cały przemysł do Azji, gdzie klasa robotnicza składa się z biedaków, w tym również dzieci, którym wystarcza jeden dolar dniówki, podczas kiedy australijski robotnik nie będzie pracował za mniej niż 20 dolarów za godzinę. Jest różnica, prawda?

Drugi powód to lawina emigrantów z krajów Trzeciego Świata. Australia jest sygnatariuszem różnego rodzaju humanitarnych paktów i musi przyjmować uciekinierów z krajów, gdzie są wojny i ustrój jest drakoński, a następnie pomagać w łączeniu rodzin. Między innymi dlatego mamy teraz coraz więcej Murzynów z Afryki.

Azjaci kupują lub budują duże domy, bo rodziny są bardzo liczne i często dwa lub trzy domy w bezpośrednim sąsiedztwie należą do tego samego rodzinnego klanu. Zazwyczaj jednak zaczyna się od wynajmu jednego domu, bo przyjeżdżają tylko rodzice z dziećmi. Dzieci idą do szkoły, ojciec do jakiejś ciężkiej pracy, której biały się nie dotknie, a matka do sprzątania początkowo domów sąsiadów, a później biur. Często również zajmują się praniem i prasowaniem oraz uprawiają ogródki sąsiadów. Po pewnym, zwykle niedługim czasie, dobijają dziadkowie. Rodzice mają wtedy więcej luzu i zabierają się za organizowanie biznesu. Początki są bardzo trudne i biznes jest najpierw dzierżawiony od kogoś innego, a następnie wykupywany. Są to na ogół niewielkie bary, gdzie ludzie kupują dania na wynos, otwarty od wczesnych godzin rannych non-stop do późnego wieczora. Rodzice nie dają sami rady, więc pracują dzieci po przyjściu ze szkoły, pomaga również babcia. Pomału zaczyna się zjeżdżać dalsza rodzina – bracia i siostry, szwagrowie i szwagierki, wujkowie i ciocie – wszyscy oczywiście ze swoimi rodzinami. Nowoprzybyli mężczyźni idą gdzieś do pracy, zaś kobiety do sprzątania oraz pomagają w barze. W jakiś czas potem albo wspólnie kupują jakiś większy i lepiej usytuowany bar, albo każda rodzina zaczyna działać na własną rękę. Po pięciu latach wszyscy są już wystarczająco ustawieni, każdy ma dom, dzieci dorastają i jest już ich za co posłać na studia.

Jest to typowy schemat i olbrzymia większość Azjatów w ten sposób zaczyna. Nie boją się żadnej pracy. Obecność dziadków i dalszej rodziny powoduje, że dzieci są zadbane i wychowywane zgodnie z odwiecznymi tradycjami. W rodzinach panuje doskonała solidarność i każdy może liczyć na pomoc w każdej formie, gdy zachodzi potrzeba.

Taki model rodziny jest obcy białym Australijczykom. Rodzina składa się z rodziców lub często samotnej matki i dzieci. Dziadkowie gdzieś tam istnieją, zazwyczaj po drugiej stronie miasta lub na drugim końcu Australii i odwiedza się ich rzadko. Siostry i bracia mają swoje rodziny, domy i problemy, są na swoim i nie interesuje ich dalsza rodzina. Faktycznie więzy rodzinne są bardzo słabe, nikt od nikogo nic nie chce, być może dlatego, żeby się nie rewanżować. Spotykają się z okazji urodzin, party trwa trzy godziny i wszyscy rozjeżdżają się do domów. Na ogół nie ma świątecznych spotkań rodzinnych, bo wtedy są wakacje dzieci i urlopy rodziców i w zależności od zasobów portfela wyjeżdża się bliżej lub dalej. Inaczej mówiąc każdy ma swoje życie, nie wtrąca się do spraw dalszej rodziny i nie chce, żeby ktoś się nim interesował. Jest to typowo brytyjska tradycja pod hasłem „my home, my castle” (czyli mój dom jest moją twierdzą), która zapewniając człowiekowi święty spokój, jednocześnie skutecznie odgradza go od reszty społeczeństwa. [...]

Każdy naród ma nieco inne nastawienie do świata, życia i bliźnich. Na wszystkich frontach wygrywają te, które mają pozytywne nastawienie. Oczywiście w każdym z nich są pozytywni i negatywni, entuzjaści i malkontenci, ale my tu weźmiemy średnią narodową.

Warto się najpierw zastanowić, skąd się bierze negatywne nastawienie, bo będzie nam łatwiej ukazać pozytywne na szarym i smutnym tle negatywnego. Otóż jeśli ktoś żyje przeszłością i cały czas rozpatruje jak to kiedyś bywało dobrze, a jak teraz jest źle, bez wątpienia widzi przyszłość w czarnych kolorach. Jeśli ktoś odłożył przeszłość do lamusa, czyli w miejsce, gdzie ona powinna być, żyje dniem dzisiejszym i zadowolony jest z tego co ma, patrzy w przyszłość jeśli nie entuzjastycznie, to przynajmniej z nadzieją. Kultury azjatyckie od pokoleń mają zaszczepioną wiarę w przeznaczenie, które musi się spełnić niezależnie od tego czy się to komuś podoba, czy nie. W związku z tym, tak samo spokojnie przyjmują niedostatek jak prosperity, a jeśli im się uda wyemigrować do kraju, gdzie będą mieli lepsze życie, również ten fakt przypisują przeznaczeniu. Tak miało być i koniec dyskusji. Przeciętny Azjata jest zadowolony z tego, że ma dzisiaj co do garnka włożyć i jest wdzięczny Bogu, że ma, bo przecież mógłby nie mieć i tego. Jest to akceptacja losu i wszystkich wydarzeń, które towarzyszą jego spełnianiu.

Europejczyk lub Amerykanin, jest ciągle niezadowolony, nienasycony i wiecznie mu mało. Im więcej już ma, tym usilniej stara się osiągnąć jeszcze więcej. Nie wierzy w przeznaczenie i sprawiedliwość losu, więc wydaje mu się, że z jednej strony traktowany jest przez innych niesprawiedliwie i oszukiwany, z drugiej zaś uważa, że ma wpływ na jego przebieg.

Działania zgodne z przeznaczeniem są jak płynięcie z prądem. Każdy wie, że płynąc z prądem nie musimy się zbytnio wysilać i wszystko idzie jak z płatka. Każdy wie, że płynąc pod prąd zużywa się o wiele więcej cennej energii, a posuwanie się naprzód idzie jak po grudzie. Wejdź w wody Dunajca, a przekonasz się, że chcąc płynąć pod prąd nie tylko będziesz stał w miejscu przez parę minut, ale w końcu zaczniesz płynąć wstecz. Dokładnie tak samo jest w życiu. Jeśli prąd twojego przeznaczenia jest silny – a przeważnie jest – każda próba walki z nim kończy się w najlepszym przypadku zatrzymaniem się w miejscu, zaś w najgorszym regresję. Tak samo jak w wodach Dunajca, w walce z przeznaczeniem nie masz żadnych szans.

Jasne zatem, że ten kto idzie z prądem przeznaczenia ma o wiele łatwiejsze życie, zaś ten kto idzie pod prąd ma same trudności, kłopoty i problemy, a jego życie może się stać istną gehenną. Mimo to większość z nas tak właśnie robi, co powoduje, że pod koniec życia stwierdzamy, że właściwie niczego nadzwyczajnego nie osiągnęliśmy – ba, nie spełniliśmy nawet jednego procenta swoich wygórowanych pragnień i odchodzimy w zaświaty nienasyceni.

Podstawą pozytywnego nastawienia jest godzenie się z tym co przynosi los i zadowolenie z tego co jest tu i teraz. To nam pozwala spokojnie żyć obecnie i patrzeć spokojnie w przyszłość, wychodząc z założenia, że wszystko co ona przyniesie jest zgodne z jego programem. Gdy przyjdzie jutro, znowu musimy pamiętać, żeby nie próbować naginać sytuacji do swojego widzi mi się, lecz pokornie nagiąć się samemu i konsekwentnie poddać nurtowi. Na tym opiera się odwieczna filozofia Wschodu – nie chcieć za dużo od losu i godzić się z tym co przynosi. Na tych samych pryncypiach opiera się filozofia i kultura Aborygenów.

Tego typu rozumowanie jest nam obce. Jesteśmy we własnych oczach herosami wojny z Naturą i przeznaczeniem, a jeśli nawet wydaje nam się, że odnosimy jakieś złudne zwycięstwa, zawsze są to zwycięstwa pyrrusowe. Dlatego jest nam wszędzie źle – zarówno w krajach urodzenia, jak i na emigracji. [...]

Rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa, jak się głosiło kiedyś w Polsce i jest to oczywiście prawda. Inaczej mówiąc to co się dzieje w rodzinie i jaka ona jest ukazuje, w jakim stanie jest reszta narodu i jaka jest jego kultura.

O wychowaniu dzieci piszę w wielu miejscach tej książki, ponieważ od niego się zaczyna i jak wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Jednakże patrząc na białe społeczeństwo australijskie człowiek szybko dochodzi do przekonania, że to nasze przysłowie jest w białej Australii nieznane. Najlepiej to widać w środkach komunikacji miejskiej i supermarketach, gdzie rozwydrzone bachory robią piekło białym matkom i przy okazji wszystkim innym, którzy mają nieszczęście być akurat w pobliżu. Ich zachowanie w miejscach publicznych dowodzi, że są niewłaściwie wychowywane i prawdopodobnie w domu zachowują się jeszcze gorzej. Widząc to zastanawiam się zawsze, jak taka matka może wytrzymać, zwłaszcza że rzadko w domu jest tylko jedno dziecko. No, ale jest sama sobie winna.

Od niezliczonych tysiącleci rodzice wychowują dzieci, które potem wyrastają na wspaniałych, grzecznych, uprzejmych i kulturalnych dorosłych. W środowiskach emigranckich, a przede wszystkim azjatyckich, modele wychowania dzieci w niczym się od tamtej pory nie zmieniły. Dzieci przede wszystkim są kochane i choć im się tego nie powtarza przy każdej okazji, czują to i w zamian kochają rodziców i dziadków. Ten zaś kto kocha, zawsze stara się zrobić przyjemność osobie kochanej i robi wszystko, aby nie zrobić jej przykrości – niezależnie od wieku. Jest to pierwszy i najważniejszy aspekt wychowania, sprawdzony przez tysiąclecia we wszystkich kulturach i cywilizacjach.

Dziecko rodzi się z różnymi skłonnościami, które następnie w dalszym życiu są wzmacniane lub ulegają osłabieniu i różnego rodzaju modyfikacji. Rola rodziny polega na zauważeniu tych aspektów dziecięcej osobowości i odpowiednim ich korygowaniu. Jeśli dziecko jest od początku spokojne, uległe, posłuszne, zgodne i grzeczne, wychowywanie go nie sprawia rodzicom żadnych trudności. Jeśli jednak jest niesforne, nieposłuszne i niegrzeczne, obowiązkiem rodziców jest korekta zachowania od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie wolno czekać z nadzieją, że „z tego wyrośnie”, bo każdy następny miesiąc zwłoki powoduje pogłębienie problemu i w końcu okazuje się, że jest już za późno.

Dziecko ma być kochane bez względu na okoliczności, ale nie może być rozpieszczane. Następnym aspektem wychowania jest zatem dyscyplina. Dziecko ma znać swoje miejsce. Spójrzmy na Naturę. Stado wilków składa się z hierarchii – jest przewodnik i jego partnerka, następnie idą wszystkie samce w porządku hierarchicznym w zależności od siły, inteligencji i sprawności oraz ich partnerki, a na końcu szczenięta uszeregowane pod względem wieku. Wbrew pozorom ludzkie stado, czyli rodzina, niewiele różni się od wilczego stada. Zwyczajowo „przewodnikiem stada” jest mąż i ojciec, następnie żona i matka, a na końcu dzieci. Jeśli w rodzinie jest wcześniejsze pokolenie, czyli dziadkowie, oni również podlegają „przewodnikowi”, ale „przewodnik” liczy się z nimi, korzysta z ich doświadczenia życiowego i słucha dobrych rad. Taki model rodziny widzimy u Aborygenów, Azjatów oraz u wielu grup etnicznych, zwłaszcza tych, które pochodzą z krajów śródziemnomorskich. Każdy zna swoje miejsce w rodzinie. Jest to model uniwersalny i sprawdzony.

W takich rodzinach panuje miłość i zgoda, ale gdy dziecko jest niegrzeczne, nieposłuszne i koniecznie chce postawić na swoim, dostaje od matki kochającego klapsa. Matka nie robi tego ze złością, lecz przywołuje je do porządku i pokazuje w ten sposób dziecku, kto tutaj jest autorytetem. Dziecko nie rozumie jeszcze wielu rzeczy i nie potrafi odróżnić postępowania złego od dobrego, bo czynnik dyskryminacyjny jego umysłu nie jest jeszcze wystarczająco wykształcony pod wpływem doświadczeń, więc przelotny klaps wymierzony na bieżąco zawsze załatwia sprawę jeśli nie na zawsze, to przynajmniej na jakiś czas. Dziecku nie da się wytłumaczyć pewnych rzeczy, zaś umoralniające kazania za długo trwają. Taki wymiar kary stosowany jest nadal we wszystkich rodzinach emigranckich i efekty są widoczne jak na dłoni. Dzieci emigrantów są dobrze wychowane, bo rodzice nie dopuszczają, żeby w pewnych sytuacjach dziecko grało rolę „przewodnika”.

Współczesna ortodoksyjna psychologia postawiła wszystko na głowie. We współczesnej rodzinie aspekt „przewodnika stada” nie jest jasno określony, co prowadzi prosto do syndromu dwóch kapitanów na jednym okręcie i w dalszej kolejności do anarchii i katastrofy. Model „demokratycznej” rodziny, gdzie wszystkie ustalenia robi się razem, zdaje egzamin tylko wtedy, gdy ostateczna decyzja należy do tradycyjnego „przewodnika”, tzn. mężczyzny. Kobiety są wspaniałymi pomysłodawcami, ale często brakuje im zdecydowania i konsekwencji w działaniu. Feministki zapewne obruszą się w tym miejscu, ale nie powinny zapominać, że fakt bycia kobietami w tym życiu ustawia je na takiej, a nie innej pozycji w rodzinie i od tego nie ma odwołania.

Oficjalny zakaz klapsa obowiązuje w Australii od kilku dekad. Jak zwykle przesadzono i wylano dziecko wraz z kąpielą, bo sporadyczny klaps wymierzony kochającą ręką w razie potrzeby, to nie katowanie dziecka z wściekłością i nienawiścią. Takie wychowanie potępiają wszystkie kultury, ktoś kto to robi jest prymitywem niezależnie od koloru skóry i prawo w takich przypadkach powinno wkroczyć z całą surowością. Jednakże takie przypadki są stosunkowo sporadyczne i w białej Australii wynikają na ogół z niespójności – użyjmy tu najłagodniejszego słowa – rodziny, która składa się z niezamężnej matki, gromadki dzieci oraz ciągle zmieniających się „tatusiów”. W takich „rodzinach” dzieci są bite albo przez tych „tatusiów”, bo to przecież nie jego dzieci lub przez matkę, która chce się przypodobać aktualnemu partnerowi. Zazwyczaj towarzyszy temu nadużycie alkoholu, zniecierpliwienie spowodowane chronicznym brakiem czasu i seks, który w takich rodzinach gra wiodącą rolę.

W takiej „rodzinie” nie można oczekiwać harmonii, bo dzieci podświadomie lub świadomie mają pretensje do matki, że ciągle w domu jest ktoś obcy, kto uzurpuje sobie prawa do rządzenia nimi, nakazywania i zakazywania. Bardzo często w takich przypadkach ten obcy burzy porządek rzeczy ustanowiony przez prawdziwego ojca i dzieci się buntują niezależnie od tego czy ten nowy „ustrój” jest gorszy, czy lepszy. Bunt dzieci rodzi reakcję obojga opiekunów, która najczęściej przejawia się w krzyczeniu na dzieci i ich biciu. O jakimkolwiek wychowaniu nie może być mowy, ponieważ za każdym razem, gdy dziecku coś się każe zrobić lub zabrania, występuje opór i negatywna reakcja z ich strony.

Zakaz doprowadził do tego, że dziecko, które dostało klapsa może samo – jeśli jest trochę starsze – zadzwonić na policję i złożyć zeznanie lub – jeśli jest młodsze – iść do sąsiadów i poprosić ich, żeby oni to zrobili. Policja interweniuje, dziecko składa zeznania i odpowiednie czynniki mają prawo odebrać dziecko rodzinie i umieścić je w sierocińcu. A nawet aresztować rodziców. Jest to zatem kontynuacja zasad, które zastosowano w stosunku do Aborygenów 200 lat temu, ponieważ sądzono, że Aborygeni nie potrafili odpowiednio (tzn. na modłę białych) wychowywać dzieci.

Z drugiej strony rodzice pozwalają dzieciom na wszystko dla świętego spokoju. Powoduje to przedwczesny rozrost ego i przekonanie, że mu wszystko wolno. Kiedy więc okazuje się w pewnym momencie, że jednak nie wszystko mu wolno, dziecko robi piekło rodzicom, którzy chcąc je uspokoić bez klapsa, w końcu machają ręką i pozwalają mu na to, czego nie powinno robić. Takich sytuacji jest wiele w codziennym życiu. Ojciec jest w pracy, a matka zajęta w domu i tych zajęć jest wprost proporcjonalnie więcej, im więcej jest dzieci.

Jeden z kierowców opowiedział w bazie, że wiózł matkę z chłopcem w wieku mniej więcej 5 lat, który zrobił jej awanturę, po czym na pierwszym przystanku po prostu wysiadł i zaczął uciekać. Ponieważ kobieta nawet nie drgnęła, kierowca zaciągnął hamulec ręczny i popędził za malcem, złapał go i wierzgającego przyniósł do autobusu. Matka obrzuciła kierowcę stekiem wyzwisk, zarzucając mu, że użył siły i brutalnie szarpał jej dziecko, grożąc mu policją i sądem. Co miał zrobić kierowca zgodnie z prawem? Powinien był zamknąć drzwi i odjechać, bo to nie była jego sprawa. Okazuje się, że w obliczu sztywnego prawa, ludzkie uczucia są czymś podrzędnym lub wprost niepożądanym.

Z drugiej strony przepisy departamentu transportu są uzasadnione. Kierowca zareagował spontanicznie, zostawił bilety i pieniądze na wierzchu, a autobus był na chodzie. Któryś z pasażerów mógł porwać skrzynkę, wysiąść i uciec w drugą stronę – albo ktoś mógł usiąść za kierownicą i porwać autobus, co mogłoby się bardzo smutno skończyć. W obu przypadkach kierowca miałby wielkie kłopoty, które skończyłyby się wyrokiem sądu i oczywiście zwolnieniem z pracy.

Typowym przykładem jest matka, która po wyprawieniu męża (lub partnera) do pracy zawozi dzieci do szkoły, ładuje i uruchamia pralkę, po czym zasiada przed telewizorem. Sprzątanie może poczekać, bo ciekawszym zajęciem jest oglądanie jakiegoś fascynującego babskiego programu lecącego wprost ze Stanów Zjednoczonych. Sprzątanie jest ponad jej siły, bo im więcej dzieci, tym większy bałagan i właściwie nie wiadomo, z którego miejsca zacząć. Oczywiście, gdyby dzieci wiedziały, że przed pójściem spać mają posprzątać, matka miałaby o wiele mniej roboty domowej. Lecz tego nie wiedzą, bo nikt ich do tego od najmłodszych lat nie przyzwyczaił. Dziecko wracające ze szkoły rzuca torbę byle gdzie, najczęściej na środku mieszkania, gdzie się o nią wszyscy potykają, a następnie zdejmuje mundurek rozrzucając jego części, podczas gdy idzie do swojego pokoju. Porzucone zabawki są wszędzie, papierki po cukierkach i batonach poniewierają się na podłodze itd. Poza tym w domu są jeszcze psy i koty, które też bałaganią. Jeśli nie sprząta się na bieżąco, już po paru dniach w domu jest chaos i niczego nie można znaleźć, bo nic nie jest na swoim miejscu. Faktycznie w takim domu nic nie ma swojego stałego miejsca.

Problem się pogłębia, gdy matka robi jakieś pół etatu w przypadku, gdy partner pracuje, zaś cały etat, gdy samotnie żyje z kilkorgiem dzieci i chce mieć więcej pieniędzy niż wynosi zasiłek. Wtedy nie ma już na nic czasu i jeśli dzieci nie są przyzwyczajone do sprzątania po sobie, dom przypomina chlew, w którym pleni się robactwo, myszy i szczury. Nie jestem tu gołosłowny, bo widziałem kilka takich domów oraz samochody takich matek, których wnętrza i zawartość pokazuje, że identyczna sytuacja panuje w ich domach.

W Australii przedszkola są prywatne i kosztują majątek. Cena za jeden dzień waha się w granicach od 40 do 70 $ od dziecka w zależności od standardu przedszkola. Matka z dwojgiem dzieci nie może sobie na nie pozwolić, bo musiałaby mieć dniówkę grubo ponad 100 dolarów, zważywszy że pracując pozbawiłaby się prawa do zasiłku. Ponieważ dwoje dzieci to zjawisko raczej rzadkie, zwłaszcza samotne, wielodzietne matki wolą siedzieć w domu na zasiłku.

Czasem wielodzietna, niepracująca sąsiadka przyjmuje dodatkowo kilkoro dzieci, które bawią się z jej dziećmi, ale odbywa się to półlegalnie, bo na ogół ani dom sąsiadki, ani jej podwórko nie odpowiadają wymaganiom, jakie się stawia miejscom, gdzie pilnowane są dzieci.

W poczekalniach przychodni lekarskich są kąciki dla czekających dzieci z telewizorem i zabawkami. Dzieci emigrantów albo siedzą spokojnie oglądając jakiś dziecięcy program, albo bawią się do momentu, gdy matka zostaje wezwana. Gdy tylko matka ruszy się z krzesła, dziecko szybko układa zabawki lub wrzuca je do pudełek i idzie za matką. Dzieci białych Australijek tego nigdy nie robią – przynajmniej ja nigdy tego nie widziałem. O czym to świadczy? O tym, że tak samo zachowują się w domu – że zostały do tego przyzwyczajone od najmłodszych lat.

Niezamożnych samotnych matek nie stać na kosztowne zabawki dla swojej gromadki. Psychologia znalazła wyjście zalecając kupowanie szczeniaków, bo uczeni wpadli na pomysł, że dziecko w ten sposób uczy się odpowiedzialności w stosunku do innej istoty żyjącej. Pies jest lepszą zabawką, bo ruchomą i można się z nim bawić cały dzień, ale gdy dorośnie, ma dosyć niekończących się zabaw, które często zamieniają się w maltretowanie i albo ucieka przy pierwszej okazji, albo chowa się przed dziećmi gdzie tylko może. Matka pod wpływem dobrych rad sąsiadek dochodzi do wniosku, że pies stał się bezużyteczny i albo prowadzi się go do weterynarza, żeby go uśpił, albo wywozi gdzieś do buszu i tam porzuca, po czym kupuje nowego szczeniaka. Im więcej dzieci w domu, tym więcej psów, bo każde dziecko chce mieć swojego, co w rezultacie prowadzi do chaosu na podwórku, gdzie dzieci bawią się z psami w różnym wieku, często tarzając się w ich odchodach. Mama jest zadowolona, bo może bez zakłóceń oglądać telewizję, raczyć się piwem lub palić marihuanę.

Nasza znajoma Polka miała sąsiadkę vis a vis. Ta monstrualnie gruba pani miała ośmioro dzieci każde z innego ojca. Pewnego dnia jedno z dzieci zaginęło. Sąsiadka nie ruszając się z werandy krzyknęła do innych sąsiadek czy go gdzieś nie widziały, po czym sięgnęła po następnego papierosa i następną puszkę piwa. Zdumiona takim zachowaniem Basia poszła do niej i zapytała co z dzieckiem, dlaczego go nie szuka i nie dzwoni na policję, na co dostała odpowiedź, że „jedno mniej lub więcej nie robi różnicy i ileż to roboty, żeby zrobić sobie nowe; może trafi do domu, a jak nie, to problem z głowy”.

Takie rzeczy nie zdarzają się w rodzinach emigranckich. Dzieci są kochane, zadbane, dobrze wychowane, zaś w domach panuje ład i porządek. Podane przykłady obrazują sytuacje panujące nie tylko w rodzinach z najniższej klasy australijskiego, białego społeczeństwa, lecz sięgają do klasy średniej, która jest wszelako o wiele bardziej zróżnicowa-na. Klasa najwyższa – lub może raczej najbogatsza – posiada eleganckie domy, w których jest regularnie dochodząca sprzątaczka, ogrodnik, który kosi trawę, czyści basen i sprząta posesję oraz kobieta, która zabiera pranie i odwozi je uprasowane. Dzieci od początku chodzą do prywatnych szkół o wyższym standardzie nauczania i wychowania.

W niektórych domach klasy średniej panuje przesadny porządek do tego stopnia, że nie wolno wbić gwoździa w ścianę, żeby zawiesić jakiś obrazek. Takie domy wyglądają jak apartamenty hotelowe, gdzie nie ma zbędnych mebli i innych rzeczy, które się na ogół widzi w domach normalnych. Jeśli są dzieci, niczego im nie wolno dotknąć i przypominają manekiny. Powodem jest chęć sprzedaży domu, gdy ceny rynkowe podskoczą i kupienia następnego, lepszego, większego i w lepszej dzielnicy. Ta grupa australijskiego białego społeczeństwa kupuje tylko typowe, „australijskie” domy, które najłatwiej się sprzedają. Domy w stylu europejskim oraz inne w taki lub inny sposób udziwnione bardzo trudno sprzedać, nawet jeśli są bardzo ciekawe architektonicznie i posiadają wygodne, funkcjonalne wnętrza. W przypadku sprzedaży każda usterka, dziura w ścianie lub nieporządek drastycznie obniżają cenę.

Domy polskich emigrantów przypominają te ostatnie, częściowo dlatego, że wśród Polaków jest wielu, którzy zmieniają domy co kilka lat, częściowo zaś dlatego, że większość pań pracowała w charakterze sprzątaczek i sprzątanie weszło im w krew. Dochodzi tu jeszcze typowo polski aspekt chwalenia się przed znajomymi Polakami wspaniałością domu i zamożnością. [...]

Od końca XVIII, przez cały XIX aż do połowy XX wieku w Australii niepodzielnie panowały wszystkie istniejące odłamy chrześcijaństwa. Wprawdzie Aborygeni zawsze mieli i nadal mają swoją religię, ale białe społeczeństwo jej nie rozumie, nie zauważa i nie uznaje. W najlepszym przypadku mówi się o aborygeńskich prymitywnych „wierzeniach”, które kwalifikują się do miana pogaństwa. W połowie XIX wieku sprowadzono Afganów do obsługi karawan wielbłądów, które były jedynym środkiem transportu do niedostępnych miejsc, gdzie odkryto złoto. Zaraz po nich przybyły grupy Chińczyków, którzy pracowali w kopalniach, a następnie przejmowali porzucone przez białych złoża. Pierwsza grupa przyniosła ze sobą takie religie jak islam i jeden z odłamów zoroastrianizmu, druga zaś taoizm, konfucjanizm i buddyzm. Ponieważ jednak australijski biały chrześcijanin pogardzał każdą inną wiarą, religie te pozostały w etnicznych enklawach przybyszów i nie rozprzestrzeniły się dalej. Dopiero fala Azjatów po wojnie wietnamskiej oraz w dalszych dekadach XX wieku spowodowała, że ich religie zostały uznane i włączone do ogólnonarodowego zespołu oficjalnych wyznań. Zezwolono na powstanie różnych świątyń oraz szkół wyznaniowych, w tym islamskich i żydowskich.

Poza tymi ostatnimi, wszystkie australijskie szkoły są świeckie. Nawet prywatne szkoły katolickie, luterańskie i anglikańskie są takimi tylko z nazwy – w istocie jest to biznes, z którego te kościoły ciągną niebagatelne zyski i przyjmują dzieci wszystkich wyznań, jeśli rodziców stać na czesne wynoszące od 10 – 20 tys. dolarów rocznie od łebka. To oczywiście powoduje, że we wszystkich szkołach, tak prywatnych, jak państwowych panuje daleko posunięta tolerancja religijna i wszelkie przejawy religijnego rasizmu są w zarodku gaszone. Pod tym względem Australia stoi na czołowym miejscu w świecie, daleko na przykład przed Polską. Dlaczego?

Australia jest z zasady wielowyznaniowa i żadna organizacja religijna nie może sobie rościć praw do hegemonii, zresztą poza katolicyzmem i islamem, żadna inna religia nie wykazuje tendencji ekspansywnych. W Australii katolicki kościół stoi obok anglikańskiego, prezbiteriańskiego, ewangelickiego lub greckiego, czasami mają wspólne parkingi, ludzie przyjeżdżają w niedzielę na mszę, witają się i rozmawiają ze sobą, a gdy zadzwoni dzwonek idą każdy do swojego kościoła. Nikt nie czuje się lepszy lub gorszy, bo nikt nie wtrąca się do przekonań bliźniego. Inteligentny Australijczyk patrzy nie na to jak ktoś jest ubrany i jakim samochodem przyjeżdża oraz jakie są jego przekonania religijne, lecz na to jak się ten człowiek zachowuje i co mówi, czym sobie sam wystawia takie lub inne świadectwo.

W związku z tym w australijskich szkołach zabronione są symbole wiary (np. krzyże) i nie ma lekcji religii, ale są za to obowiązkowe lekcje religioznawstwa, na których uczniowie zapoznają się i zaczynają rozumieć wszystkie główne religie światowe. Dzisiaj szkołę odwiedził ksiądz katolicki, w ubiegłym tygodniu był kapłan buddyjski, zaś w przyszłym będzie islamski imam lub żydowski rabin, ale nie po to, żeby nawracać na swoją wiarę lub ukazywać jej wyższość, lecz wyłącznie w celach informacyjnych. Właściwe zrozumienie innych religii powoduje, że nie istnieje dyskryminacja religijna, co z kolei ułatwia dzieciom nawiązywanie wzajemnych kontaktów, znalezienie wspólnego języka, kolegowanie się i zawieranie przyjaźni. Dzięki takim posunięciom rosnące pokolenie jest pozbawione religijnego rasizmu, w czym będzie lepsze od swoich rodziców i dziadków, którzy niejednokrotnie krzywo patrzyli na wszelkich innowierców.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat do szkół wprowadzono również odwiedziny aborygeńskich nauczycieli, którzy tańczą aborygeńskie tańce, grają na aborygeńskich instrumentach, śpiewają, opowiadają historie i legendy, wspólnie z uczniami malują obrazy w aborygeńskim stylu, zapoznając tym samym dzieci i młodzież z kulturą prawowitych właścicieli tej ziemi. Po takich spotkaniach żadne białe dziecko już nie powie, że „wszyscy Aborygeni to pijacy i jedzą własne niemowlęta”. [...]

Jak widać chociażby po długości tego rozdziału, australijska wielokulturowość jest wieloaspektowa. W społeczeństwie białych nadal jeszcze pokutują cechy anglosaskie, ale są łagodzone w zetknięciu z innymi kulturami. Dzieci przynoszą ze szkoły do domu poglądy zupełnie inne niż mają rodzice i w ten sposób nieraz bardzo radykalnym i nietolerancyjnym zapatrywaniom rodziców ich własne dzieci zaokrąglają kanty.

Przenikanie się kultur jest bardzo pozytywnym zjawiskiem, ponieważ wprowadza korekty do anglosaskiego sposobu myślenia i wzbogaca białe, stosunkowo młode społeczeństwo Australii elementami kultur, których początki giną w pomroce dziejów. Zachodnia cywilizacja oparta na wydumaniach coraz to nowych, próbujących się przebić ze swoimi teoriami psychologów i socjologów, na dłuższą metę nie zdaje egzaminu w praktyce. Zachodni model wychowywania dzieci, osiągania dobrobytu i powodzenia w życiu, traktowania odchodzącego pokolenia, lekceważenia znaczenia kultury i sztuki, moralności, etyki i dobrych obyczajów, jest modelem błędnym. Tak zwana „demokracja” zachodnia, pomimo szczytnych haseł i koncepcji, doszła do paranoicznego absurdu i coraz szybciej zaczyna się staczać. Pożądania wszelakiego gatunku, złość towarzysząca trudnościom w ich spełnianiu, chciwość i zaborczość rodząca zazdrość i zawiść, chorobliwe przywiązywanie się do dóbr materialnych i ludzi prowadzące prosto do ich ubezwłasnowolniania oraz coraz bardziej rosnący egotyzm wszystkich bez wyjątku – starych i młodych, biednych i bogatych – powodują, że zachodnie społeczeństwa są coraz bardziej chore. Kultury wschodnie są tego prawie zupełnie pozbawione, dlatego ich wpływ daje nadzieję na uzdrowienie tych społeczeństw. Może to jednak nastąpić tylko wtedy, gdy biały człowiek otworzy swe oczy i zacznie zauważać pozytywne aspekty tych kultur, doceni je i zaadoptuje, a nie będzie próbował z nimi walczyć lub ich zmieniać.

Od jakiegoś czasu mamy w Polsce napływ emigrantów z krajów azjatyckich i Polska pomału również staje się wielokulturowym, wieloetnicznym i wielowyznaniowym krajem. Spróbujmy wyciągnąć właściwe wnioski z garści uwag zawartych w tej książce. Australia zmienia się z roku na rok na lepsze. Z kraju bezwzględnych kolonizatorów, ciemnych osadników i fanatycznych misjonarzy, zdeprawowanych zesłańców, morderców i eksterminatorów tubylczej ludności, jakim był od XVIII wieku, Australia przeistacza się w kraj, gdzie zamiera rasizm i nietolerancja religijna. Spróbujmy wyciągnąć wnioski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz