Loading...

piątek, 13 maja 2011

Piotr Listkiewicz: Australia - przeklęta ziemia obiecana

KULTURA 

Kultura jest niesamowicie względnym i wieloznacznym pojęciem. Na przykład utarło się, że człowiekiem kulturalnym możemy nazwać takiego, który potrafi się właściwie zachować w każdej sytuacji, żyć uczciwie bez względu na warunki i zasoby finansowe w zgodzie z obowiązującymi prawami i zasadami etyczno-moralnymi, nie poddaje się emocjom i jest opanowany.

W sensie ogólnym kultura jest – jak powiada Kopaliński – całokształtem material-nego i duchowego dorobku ludności, narodu, epoki (...) poziomu rozwoju społeczeństw, grup i jednostek w danej epoce; poziom rozwoju umysłowego, moralnego, ogłada, obycie, takt.

Kultura jest czymś w rodzaju sprzężenia zwrotnego, bo społeczeństwo składa się z jednostek i jego jakość zależy od kultury pojedynczych ludzi, ale również jakość kultury jednostki zależy od jakości społeczeństwa, w którym żyje. Inaczej mówiąc, jednostki kształtują społeczeństwo, a społeczeństwo kształtuje jednostki narzucając im pewne wzorce zachowań w odniesieniu do codziennych sytuacji. Ten ostatni proces nazywamy wychowaniem. Im więcej jest ludzi odpowiednio wychowanych, tym jakość kultury całego społeczeństwa jest lepsza. Przynajmniej średnia jakość.

Wprawdzie nowonarodzony człowiek przynosi sobie zalążki cech charakteru w postaci tendencji do pewnych zachowań, inklinacji umysłowych oraz predyspozycji do pewnych działań, w tym zdolności i talentów, ale te zalążki muszą zostać rozwinięte w procesie wychowania najpierw w gronie rodzinnym, a następnie w szkołach kolejnych stopni. Olbrzymi wpływ na rozwój ma więc środowisko, początkowo ograniczające się tylko do domu rodzinnego i podwórka, a następnie, stopniowo rozszerzającego się na coraz szersze kręgi społeczeństwa. Jakie to środowisko jest, takie wychowanie otrzymuje nowy człowiek.

Od urodzenia do śmierci każdy z nas kogoś naśladuje. Dziecko jest osobnikiem nowym, ciekawym życia i otaczającego świata, niesamowicie spostrzegawczym i chłonnym, dlatego większość danych potrzebnych do dalszego rozwoju człowiek nabywa w dzieciństwie, gdzie naśladuje najpierw rodziców, rodzeństwo i innych członków rodziny, inne dzieci na podwórku, a następnie nauczycieli w szkole, kolegów i szefów w pracy, znajomych i przyjaciół, a nawet czasem wrogów. Nietrudno zatem zgadnąć, że jakość wzorców kulturowych środowiska jest naczelnym czynnikiem kształtowania się osobowości młodego człowieka. Edukacja i stan posiadania nie odgrywają tu większej roli, ponieważ – jak wiemy z własnych obserwacji – bardzo często człowiek z plikiem dyplomów lub milionami na koncie bankowym, potrafi być człowiekiem niekulturalnym lub nawet pospolitym chamem. I vice versa – niepiśmienny biedak może być człowiekiem o wysokim standardzie kulturalnym.

O jakości i wyższości jakiejś kultury nad inną świadczą jej obyczaje, prawa i zasady etyczno-moralne oraz – co najważniejsze – ich przestrzeganie. Nawet bowiem najwspanialszy kodeks moralny zdaje się psu na budę, jeśli nie będzie skrupulatnie i ściśle przestrzegany w życiu codziennym i w każdej sytuacji. Cóż z tego, że chrześcijanie mają wzorzec w postaci Jezusowego Kazania na Górze, który określa jak ma się zachowywać i jak postępować każdy przyzwoity człowiek, skoro tak niewielu jest chrześcijan, którzy z niego korzystają – ba, którzy w ogóle wiedzą o jego istnieniu. Nawet najwspanialsze, najlogiczniejsze i najsurowsze prawo nie zdaje egzaminu, gdy traktowane jest zbyt liberalnie lub/oraz gdy jego przedstawiciele są stronniczy i przekupni. Liczba telewizorów, miejsc w teatrach i kinach na głowę ludności nie jest właściwym miernikiem kultury, bo kultura zależy od tego co jest tam grane. To samo z książkami, uniwersytetami i innymi aspektami wpisywanymi automatycznie w zakres kultury danego kraju i narodu.

Również osiągnięcia naukowe nie są miernikiem kultury wbrew temu, co się generalnie sądzi. Czy bomba atomowa i inne środki masowej zagłady, trucie ludzi farmaceutykami, klonowanie i inżynieria genetyczna, to są osiągnięcia kulturalne? Czy blokowanie badań i upowszechnienia darmowej i ekologicznie nieszkodliwej energii, to nie jest robienie finansowej przyjemności rekinom naftowo-węglowym? Czy rozpętywanie coraz nowych wojen neokolonialnych i likwidacja wielkich grup ludności „niższej rasy” o odmiennych religijnych przekonaniach przy pomocy „naukowych” metod, ma coś wspólnego z kulturą?

Kultury społeczeństwa nie można mierzyć liczebnością tzw. „high society”, czyli grupami arystokratów i intelektualistów. O ile ci ludzie na zewnątrz zachowują się po-prawnie, mówią literackim językiem, jeżdżą eleganckimi samochodami w asyście ochroniarzy i nie zadają się z byle kim, ich niektóre posunięcia oraz życie prywatne pozostawiają dużo do życzenia. Wielu z nich robi po prostu to samo co reszta motłochu, lecz robi to w białych rękawiczkach i przy zachowaniu pozorów, a jeśli przy okazji wykracza przeciw prawu, dobrze płatni adwokaci i tak ich wybronią odwracając kota ogonem i zwalając winę na kogoś lub coś innego.

O kulturze narodu nie świadczą piramidy i inne budowle, których nawet przy dzisiejszym rozwoju techniki nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Nie wiemy nawet jaka cywilizacja jest stworzyła. Wspaniałe budowle i inne dawne zdumiewające artefakty są jedynie dowodem, że tamta cywilizacja wytworzyła kastę panów, władców i kapłanów, których ega osiągnęły niebotyczne apogeum, zapędzając do niewolniczej pracy rzesze narodu, nad którym wszechwładnie panowali, budując sobie za życia pomniki zupełnie bezużyteczne dla ogółu społeczeństwa.

Co jest zatem miernikiem kultury? Odpowiedź jest prosta – humanitaryzm i nieagresja, prawda i uczciwość, ścisłe przestrzeganie właściwie pojmowanych zasad etyczno-moralnych i praw – przede wszystkim zaś skromność, pokora, zrozumienie i miłość. Jeżeli społeczeństwo żyje tym i nie są to dla niego papierowe slogany, można powiedzieć, że jego standard kulturalny jest wysoki. [...]

Biali najechali i skolonizowali Australię absolutnie nie zauważając istniejącej tam od wielu tysiącleci zaawansowanej kultury. Nie spotkali bowiem kwitnących życiem miast, techniki, bibliotek, teatrów, uniwersytetów, świątyń i pałaców. Aborygeni nie mieli ani królów, ani arcykapłanów. Nie mieli parlamentu, konstytucji, sądownictwa, policji. Nie mieli zatem nic z tych rzeczy, które – zgodnie z wyobrażeniami białych – w całej historii były namacalnymi dowodami istnienia kultury, z którą należy się liczyć i którą trzeba uszanować.

Kolonizatorzy przywieźli swoją kulturę i od pierwszych kroków na australijskiej ziemi zaczęli ją na wszystkie strony demonstrować. Jaka to była kultura świadczą ich czyny i sposób myślenia. Zagarnięcie cudzej własności, pozbawienie tubylców podstawowych środków do życia, masowe gwałcenie kobiet, odbieranie dzieci, masakry całych grup rodzinnych i plemion, wyraźnie i dobitnie świadczą o ich kulturze, a właściwie o zupełnym jej braku. Kto przyjechał z Wysp Brytyjskich? Kilka rodzin ze zubożałej i zdegenerowanej arystokracji, których członkowie z jednej strony zagarnęli dla siebie wszystkie eksponowane stanowiska, z drugiej zaś, rękami swoich administratorów, olbrzymie tereny. Zesłańcy wywodzący się z najniższej klasy społecznej Wielkiej Brytanii, a właściwie z marginesu społecznego, którzy w łańcuchach zostali doprowadzeni z brytyjskich więzień wprost na pokłady statków, a następnie w takim samym stanie rozładowani na australijskim wybrzeżu. Każdy z nich miał coś na sumieniu – często było to niewielkie przewinienie popełnione, żeby przeżyć kolejny dzień ich nędznej egzystencji, lecz stosunkowo duży procent stanowili notoryczni i groźni przestępcy. Fala osadnictwa, która nastąpiła wkrótce, składała się z brytyjskich chłopów, którzy nie byli w stanie utrzymać się na mikroskopijnych gospodarstwach w kraju. W ślad za nimi przybyli awanturnicy i męty społeczne różnego autoramentu, którym nie chciało się pracować i liczyli, że w Australii będą mieli barwne i łatwe życie. Któż z nich znał pojęcie kultury nie mówiąc już o jej posiadaniu?

Głównymi dowodami na brak kultury jest chciwość, żądza, złość, przywiązanie do rzeczy materialnych i egotyzm. Te atrybuty były na australijskim lądzie nieznane do czasu pojawienia się białych. Kolonizatorzy mieli ich w nadmiarze – były wynaturzone do takiego stopnia, że wprost przelewały się poza krawędzie ich osobowości. Istnieje wiele publikacji usiłujących zaokrąglać kanty, które mówią, że powodem konfliktów było niezrozumienie przez Aborygenów wyższości i doskonałości kultury europejskiej. Inaczej mówiąc „dzicy” nie mogli pojąć, że kradzież ich mienia i strzelanie do bezbronnych okradzionych jest dla ich dobra, i że to przejaw wyższej kultury, do której się powinni przystosować. Trzeba przyznać, że Aborygeni próbowali czasem naśladować „kulturę” kolonistów, zabijali osadników i kradli bydło, ale takie zachowanie oczywiście nie było akceptowane. Wiadomo – co wolno wojewodzie...

Aborygeni pozornie nie posiadali niczego, a mimo to faktycznie mieli wszystko, co im było potrzebne do wygodnego, spokojnego, bezpiecznego i szczęśliwego życia. Mieli ziemię i przyrodę, które były niewzruszoną podstawą ich egzystencji. Doskonała symbioza z Naturą pozwalała rozumieć i właściwie przyjmować jej wszystkie procesy. Aborygeni byli częścią Natury w dosłownym tego słowa znaczeniu i nigdy z nią nie walczyli, lecz zawsze akceptowali.

Podstawą kultury aborygeńskiej jest nieagresja i pokorne godzenie się z losem jaki by on nie był. Czy ktoś ich tego kiedyś nauczył, czy może wypracowali to w czasie niezliczonych tysiącleci istnienia ich rasy, tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że takie podejście nie rodzi się z dnia na dzień, czego dowodem są nieliczne kraje zachodniej cywilizacji, które potrafiły w ciągu paru wieków osiągnąć wysoki standard kulturalny dzięki systematycznym procesom prawidłowego rozwoju społeczeństwa.

Idealny rząd to całkowity brak rządu, czyli rządy ogółu ludności. Takie były założenia właściwie pojmowanego socjalizmu i komunizmu, które jednak nie sprawdziły się w praktyce, ponieważ w zachodniej cywilizacji doprowadziły do powstania klasy rządzącej, przeobrażonej bardzo szybko w dyktaturę. Społeczeństwom wmawiało się, że partycypują w rządzeniu krajem, ale w rzeczywistości rządziła klika stosując coraz bardziej obłędną politykę hegemonii, imperializmu i militaryzmu w stosunkach międzynarodowych, zaś zamordyzmu w stosunku do własnego narodu. Takie postępowanie nie ma oczywiście nic wspólnego z prawdziwym socjalizmem, który zademonstrowali Aborygeni.

Jednakże poznanie kultury aborygeńskiej wcale niekoniecznie musi polegać na dokładnym poznaniu ich gnozy. Kultura jest wykładnikiem, wypadkową zasad zawartych w gnozie i jest doskonale widoczna na zewnątrz – wystarczy jedynie umieć obserwować. Jeżeli widzimy, że Aborygen przestrzega ustalonego przed tysiącleciami prawa, aby nie naruszać pod żadnym pozorem terytoriów sąsiedniego plemienia i nie robi tego pod przymusem lub ze strachu, lecz dlatego, że po prostu jego sumienie i prawość mu na to nie pozwalają, jest to dowód, że jest z gruntu prawym człowiekiem. Jeśli plemię nie potrzebuje władcy, kapłanów, wodzów, parlamentu, armii, sądów i policji, lecz wszystkie sprawy i problemy plemienne ustala i rozwiązuje cała społeczność pod kierunkiem paru „starszych”, czyli ludzi w podeszłym wieku, którzy cieszą się szacunkiem ze względu na swoje życiowe doświadczenie i wtajemniczenie w odwieczną gnozę, oznacza to, że takie rządy są najwłaściwsze. Każda sprawa plemienna przedstawiana jest całej grupie i poddawana pod ogólną dyskusję, a następnie ostateczną decyzję podejmuje „starszy” na podstawie demokratycznego głosowania, po czym grupa jest zobligowana, żeby to postanowienie wprowadzić w życie.

Jeżeli widzimy, że harmonia plemienia wywodzi się z harmonii w poszczególnych rodzinach, gdzie rodzice żyją spokojnie, bez kłótni i bijatyk, dzieci są zadbane i kochane, a starcy są szanowani, jest to jeszcze jeden z wielu dowodów, że rodzina jest podstawą każdego społeczeństwa i zasada ta znana jest od niepamiętnych czasów we wszystkich kulturach i cywilizacjach na wszystkich kontynentach. Co biała cywilizacja zrobiła z rodziny, widzimy obecnie na co dzień, ale ten fakt jedynie świadczy o postępującej degeneracji zachodnich społeczeństw. Dorośli Aborygeni nie rzucali się na jedzenie pierwsi, lecz najpierw karmili niepełnosprawnych starców, później dzieci, a dopiero potem sami zasiadali do jedzenia – ileż znamy przypadków, gdy na polskiej wsi starzy i już bezproduktywni rodzice lub teściowie byli i prawdopodobnie nadal są karmieni resztkami.

Jedną z podstawowych zasad jest humanitaryzm i nieagresja. Idealny system społeczny i doskonała symbioza z innymi plemionami wykluczała wzajemne nieporozumienia i wojny, w czym oczywiście pomagało prawo nienaruszalności granic terytorialnych. Aborygen nie potrzebował zajmować obcego terytorium z towarzyszącymi temu konsekwencjami, ponieważ miał wszystko czego potrzebował do życia na swoim terytorium, które było wystarczająco wielkie. Kultura aborygeńska nie wytworzyła klasy panującej złożonej z ludzi bogatszych od reszty, bo dóbr materialnych każdy miał po równo i nie było ambitnych egotystów, którzy chcieliby czegoś więcej. Podział obowiązków był wyraźnie określony i nikomu nie przychodziło do głowy, żeby się wyłamywać. Nie było obiboków, bo gdyby ktoś odmówił udziału w zdobywaniu jedzenia, po prostu musiałby pójść głodny spać. Mężczyźni polowali, robili broń i narzędzia i uczyli dorastających chłopców tych czynności. Kobiety zbierały ziarna, wykopywały jadalne korzenie, zbierały owoce i warzywa, łowiły raki i kraby, plotły koszyki i opiekowały się dziećmi. Starcy pomagali w tym w miarę swoich możliwości, zaś dzieci bawiły się i pomagały rodzicom. Wieczorem, po posiłku „starcy” opowiadali różne opowieści, śpiewano i tańczono. Z sąsiednimi plemionami spotykano się raz lub kilka razy do roku w miejscach sakralnych, gdzie odbywały się inicjacje oraz różne inne obrzędy, no i oczywiście wspólne uczty, rozmowy, kojarzenie par małżeńskich, dzielenie się nowinkami i doświadczeniami, handel bronią i smakołykami właściwymi dla różnych okolic itd. [...]

W swej książce „People of the Merri Merri” Isabel Ellender opisuje wiele zwyczajów aborygeńskich, między innymi w jaki sposób wymierzano sprawiedliwość. Młody chłopak z plemienia Wurundjeri pracował jako kowboj u farmera. Pewnego dnia farmer wysłał go z niewielkim stadem bydła do rzeźni w Melbourne. Idąc na skróty, chłopak przepędzał stado przez odnogę terytorium innego plemienia, gdzie został napadnięty przez dwóch również młodych wojowników. Wywiązała się bójka, podczas której kowboj został zabity, zaś napastnicy porwali stado i uciekli do swoich. Farmer poskarżył się protektorowi, ten z kolei zgłosił sprawę policji, która znalazła sprawców i osadziła ich w więzieniu. Jednakże „starsi” z plemienia Wurundjeri byli niezadowoleni, że protektor nie skomunikował się z nimi i uniemożliwił im wymierzenie sprawiedliwości. Na granicy terytoriów zorganizowano spotkanie obu plemion i po długiej dyskusji „starszych” plemiona zgodnie wydały skazujący wyrok. Ponieważ jednak obaj skazani już siedzieli w więzieniu w Melbourne i pomimo próśb „starszych” policja nie chciała ich dostarczyć na spotkanie, z plemienia, z którego pochodzili obaj skazani zgłosiło się dwóch ochotników należących do ich rodzin. Chociaż Thomas protestował, a policja próbowała interweniować, tych dwóch ochotników ustawiono w odległości kilkudziesięciu metrów od reszty grupy, a naprzeciw ustawiło się kilku oszczepników należących do rodziny zabitego i zaczęło w nich rzucać oszczepami. Ochotnicy uchylali się i robili uniki, ale nie wolno im było oderwać stóp od ziemi. Po kilkunastu minutach takiej „egzekucji” starsi uznali, że sprawiedliwości stało się zadość i ochotnicy udali się na bok, gdzie opatrzono im liczne zadrapania i rany.

Widzimy tu, że zastosowana procedura jest łudząco podobna do starego jak świat tzw. „sądu Bożego”, który stosowano w szczególnie zawikłanych i trudnych do rozwiązania sprawach we wszystkich plemionach i kulturach na różnych kontynentach. Sąd Boży był stosowany również w dawnej Polsce, zarówno przed chrześcijaństwem, jak i w wiekach późniejszych. Aborygeńscy oszczepnicy starali się jak mogli, żeby trafić skazanych, ale skazanym dano szansę unikania oszczepów. Inaczej mówiąc, obie strony robiły to co mogły, zaś wynik pozostawiono w rękach opatrzności.

Widzimy tu również humanitaryzm i olbrzymie poczucie sprawiedliwości. Starsi obu plemion zgodnie orzekli, że czyn jest naganny i należy ukarać sprawców. Ponieważ sami nie mogli ponieść kary, zgłosili się w zastępstwie członkowie ich rodzin. Thomas zapytał później, co by było, gdyby udało się na spotkanie doprowadzić prawdziwych sprawców zabójstwa i kradzieży, i dostał odpowiedź, że „egzekucja” wyglądałaby dokładnie tak samo. „Zostawiamy to w rękach sił wyższych” – powiedział jeden ze „starszych wskazując palcem na niebo.

Pomimo pokojowej natury Aborygenów zdarzały się nieporozumienia i waśnie. Większość z nich, zarówno w obrębie rodzinnego klanu i pomiędzy klanami tego samego plemienia, jak i pomiędzy plemionami, udawało się zażegnać na wspólnych spotkaniach. W dyskusji trwającej czasem kilka dni uczestniczyli wszyscy i każdy miał prawo powiedzieć swoje zdanie. Na tej podstawie „starsi” podejmowali decyzję, która była nieodwołalna i prowadziła do zgody. Jednakże czasami w przypadku konfliktu pomiędzy dwoma młodymi mężczyznami, zezwalano na walkę, aby rozładować emocje obu stron. Najczęściej była to walka wręcz na pięści i zapasy, ale czasami dopuszczano również użycie różnych rodzajów broni jak bumerangi, oszczepy i maczugi. Ten drugi rodzaj walki odbywał się na odległość, zaś gdy dochodziło do bezpośredniego starcia, broń należało odłożyć. Jak pisze Ellender, walka była obserwowana przez plemię i jeśli walczący dysponowali równymi siłami, i nie widać było jej końca, w pewnym momencie któryś ze „starszych” ją przerywał. Walczący zazwyczaj uważali sprawę za załatwioną, nie żywili do siebie urazy, a nawet pomagali sobie nawzajem opatrywać rany.

Po pogodzeniu się zwaśnionych stron niezmiennie odbywało się wspólne corroboree, czyli wieczorny festyn zawierający ucztę, tańce i śpiewy. Ta wspólna zabawa była ostatecznym przypieczętowaniem zgody i rozładowaniem emocji, które jeszcze u niektórych pokutowały. [...]

Kultura posiada dwa główne aspekty. Pierwszym i najważniejszym jest kultura niematerialna, do której należy mistyczna gnoza, historia, tradycje, kodeks etyczno-moralny, prawa i religia. Drugi aspekt to kultura materialna zawierająca życie codzienne, wyrób naczyń, narzędzi i odzieży, sposoby zdobywania jedzenia oraz rozliczne zwyczaje i ceremonie. Oczywiście pierwszy aspekt rzutuje na drugi, ponieważ przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza zawiera wskazówki jak żyć, które przekazywano młodzieży.

O tym pierwszym aspekcie kultury aborygeńskiej wiemy niewiele, ponieważ nauka, w tym archeologia, skupia się na poszukiwaniu dawnych aborygeńskich obozowisk i na podstawie znalezisk usiłuje wyobrazić sobie jak toczyło się życie plemion w dawnych czasach. Innymi słowy, próbuje się zrozumieć pierwszy aspekt kultury na podstawie drugiego. Odkrycie kilkusetletniego drzewa, które zostało skaleczone dwieście lat temu przez Aborygena, który wyciął kawał kory do budowy chaty lub czółna, uważa się za wielki sukces naukowy. Każda znaleziona krzemienna siekierka lub ślady jej wykonania w postaci gruzu krzemiennego, jest z pietyzmem odkurzana pędzelkiem, szczegółowo opisywana i ostrożnie wkładana do pudełka. Jednakże okazuje się, że te skromne szczątki są identyczne w różnych miejscach i to niezależnie od tego czy badane obozowisko pochodzi sprzed stu lat, czy sprzed dziesięciu tysięcy. Po prostu Aborygeni żyli cały czas tak samo i poszukiwanie jakichś rewelacji nie ma większego sensu.

Badanie zabytków kultury materialnej ma tylko wtedy sens, gdy można zaobserwować zmiany zachodzące w miarę rozwoju cywilizacji. Dla akademickiej nauki takim przełomem jest przejście od koczowniczego trybu życia oraz zbieractwa i polowania, do życia osiadłego i rozwoju uprawy roli. Jest to naukowy dogmat, na podstawie którego datuje się początki cywilizacji, a wszystkie wcześniejsze formy uważa się za prymitywne. Dogmat ten obowiązuje przy badaniu wszystkich kultur, w tym terenów Mezopotamii i reszty Małej Azji, Egiptu i innych krajów afrykańskich oraz Azji i Ameryki Południowej. Dalszy rozwój to budowa osiedli i miast, a następnie świątyń, mauzoleów i pałaców. Obserwacja tych zmian cywilizacyjnych pozwala uczonym do pewnego stopnia odtworzyć styl życia ludzi na tamtym terenie. Ale tylko do pewnego stopnia.

Ponieważ w przypadku amerykańskich Indian i australijskich Aborygenów nigdzie nie widać tego przełomu, tych kultur nie uważa się za cywilizacje. Do czasu przybycia białych zarówno Indianie, jak i Aborygeni nadal trudnili się zbieractwem i polowaniem, przemieszczając się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu jedzenia, zasługiwali zatem na miano prymitywów i traktowano ich jak nie-ludzi niezależnie od ich inteligencji, mądrości i wysokiego poczucia moralności i etyki, przewyższającego wielokroć tradycyjnie uznaną kulturę żydowską, grecką, egipską i rzymską. Dlaczego uznaną? Bo te ostatnie kultury pozostawiły po sobie zabytki kultury materialnej oraz posługiwały się pismem.

Aborygeni nie mieli czym się pochwalić przed białym uczonym. Gdyby czarna Australia miała swojego króla, rząd, parlament i miasta pełne domów mieszkalnych, pałaców i świątyń, kapitan Cook zamiast salwy z muszkietów musiałby rozpocząć oficjalne negocjacje w imieniu korony brytyjskiej, jeśli chciał zaanektować ten ląd. Takie otrzymał dyrektywy na piśmie, które do dzisiejszego dnia istnieją w archiwach. Ale tego nie było. Licząca tysiące lat aborygeńska kultura była tak samo mało widoczna i tak samo niezrozumiała dla białych jak jest teraz.

Dziś w pewnych kołach modne jest stwierdzenie, że Aborygeni posiadają „rich culture” (bogatą kulturę) i że są bardzo „spiritual people” (uduchowionymi ludźmi). Gdy się jednak próbuje głębiej wejść w temat i zaczyna zadawać coraz bardziej dociekliwe pytania, okazuje się, że rozmówcy posługują się ogranymi sloganami. Tak było na przykład podczas mojej rozmowy z pewną panią archeolog, która nie umiała mi wyjaśnić, dlaczego uważa, że kultura jest bogata i na czym właściwie polega ich uduchowienie. Gdy dość lekko potraktowałem jej znaleziska w postaci kości, kawałków naczyń, broni oraz skaleczonych dawno temu drzew, prawie się obraziła. Dowodami na uduchowienie Aborygenów są według niej opowieści o Czasie Snu (Dreamtime), ale gdy zapytałem o ich prawdziwą interpretację, zapadło milczenie. Milczenie trwało dalej i robiło się coraz cięższe, gdy powiedziałem, że moim zdaniem te legendy są kluczem do prawdziwej kultury aborygeńskiej, ale wymagają interpretacji ludzi do tego powołanych, tzn. aborygeńskich wtajemniczonych „starszych”. Na moje pytanie, dlaczego biali naukowcy nie próbują skłonić ich do większej szczerości, nie uzyskałem więcej niż to, że te opowieści są skrzętnie zbierane i tłumaczone na angielski.

Największy problem polega na tym, że te legendy dzielą się na wiele kategorii – inaczej mówiąc Aborygeni posiadają zarówno wiedzę ezoteryczną, jak i egzoteryczną. Pierwsza zawiera gnozę mistyczną, kosmologię i historię dzielące się na tyle stopni, ile jest aborygeńskich inicjacji. A jest ich dużo i nie każdy Aborygen dochodzi do najwyższych, co oznacza, że nie każdy otrzymuje całą wiedzę. Kompletna wiedza wraz z właściwą interpretacją jest dostępna jedynie nielicznym wybranym. Drugim działem jest wiedza egzoteryczna, czyli to, co mówi się niewtajemniczonym. Dzieli się ona dalej na opowieści opowiadane dzieciom, młodzieży i tym dorosłym, którzy osiągnęli niższe stopnie wtajemniczenia. Do tej ostatniej kategorii należą legendy dostępne dla białych. Jednakże każdy rodzaj opowieści należących do egzoterycznej kategorii zawiera o wiele głębszą wiedzę ukrytą pod licznymi metaforami, analogiami i alegoriami. Białym opowiada się samą legendę bez interpretacji, dlatego biały udając szacunek do kultury aborygeńskiej, nadal niczego nie rozumie i wkłada ją między bajki.

To samo dotyczy pieśni, tańców i gry na didgeridoo. Biały widz i słuchacz widzi i słyszy tylko to, co się aktualnie odbywa, ale nie ma pojęcia jakie znaczenia ukrywają się pod zewnętrznym przedstawieniem. Grający na didgeridoo potrafi opowiedzieć całą wspaniałą historię przy pomocy zespołu dźwięków, która może się wydawać piękna lub brzydka i choć jest totalnie niezrozumiała dla białego słuchacza, dla Aborygenów będzie całkowicie jasna wraz z całym podtekstem tego, co się ukrywa pod pozorną kakofonią dźwięków. Inaczej mówiąc, Aborygen kontempluje muzykę, dzięki temu wychwytuje zawarty w niej kontekst i przeżywa coś razem z grającym, zaś biały słucha, podoba mu się lub nie i niczego nie rozumie. Również taniec może być opowieścią doskonale zrozumiałą dla Aborygenów, podczas kiedy dla białych będzie to tylko dziwny i egzotyczny wprawdzie, ale całkowicie niezrozumiały układ choreograficzny. Nawet jeśli niektóre ruchy tańczących, ich gesty i mimika będą coś sugerować, biały widz nie zna ukrywającego się pod nimi kontekstu.

Podobnie jak w jazzie wywodzącym się z afrykańskiej muzyki rytualnej, występy podczas aborygeńskich corroboree są improwizacjami obracającymi się wokół jakiegoś jednego motywu. Choć istnieją podstawowe układy choreograficzne i reguły muzyczne, każdy taniec i każdy utwór muzyczny jest czymś niepowtarzalnym. Tę samą historię każdy wykonawca opowie inaczej przy pomocy tańca i dźwięku, a mimo to jest rozumiany przez odbiorców.

W ten sposób przekazywano sobie od tysiącleci te wiadomości, które wymagały dłuższej narracji, a plemiona dzieliły różnice językowe. W ten sam sposób niosła się coraz dalej i dalej wieść o okrucieństwie i bestialstwie, o chciwości i zaborczości białych przybyszów. Te happeningi były mocniejsze i bardziej wymowne od słów. W ten sposób o masowym mordzie przy użyciu arszeniku, opowiedziała grupa plemienna z Kilcoy przybyła na corroboree w górach Bunya. [...]

Aborygeni nie mieli pisma poza niewielkim zestawem symboli pisma obrazkowego, służącego do „pisania” na „mówiącym patyku” lub zostawiania wiadomości w oznaczonych miejscach dla następnej grupy rodzinnej lub plemienia. Niewątpliwie istniał również i bardzo prawdopodobne, że nadal istnieje, inny zestaw znaków towarzyszących odwiecznym rysunkom naskalnym. Jest to coś w rodzaju pisma sakralnego, które interpretować potrafią tylko najwyżej wtajemniczeni „starcy” i szamani.

Nie pisano książek, ale rysunki naskalne i towarzyszące im niejednokrotnie symbole, są dla wtajemniczonych szeroko otwartą księgą historii, ponieważ ukazują najważniejsze wydarzenia, które następowały jedne po drugich w czasie niezliczonych tysiącleci. Chociaż budzą one różne skojarzenia, żaden biały uczony do tej pory nie jest ich w stanie zinterpretować. Dla niego większość z tych pracowicie wykonanych malowideł i reliefów ukazuje codzienne życie plemienia, np. fakt złapania jakiejś wyjątkowo dużej jaszczurki, żółwia, a także artystyczne sprawozdanie z jakiejś ceremonii lub plemiennej uroczystości. Aborygeńscy „starcy” nie spieszą się z interpretacjami i na ogół mówią to, co biały chce usłyszeć. Jednakże znając aborygeński tryb życia, który przebiegał na absolutnym luzie i ograniczał się do codziennych czynności mających nakarmić grupę, zrobić nowe narzędzie lub naprawić stare, bardzo wątpię, żeby komuś się chciało wyszukiwać roślinne i mineralne składniki barwników, aby następnie mozolnie pokrywać nimi ściany jaskiń lub wolnostojące głazy, żeby jedynie przedstawić codzienne życie swojej grupy. Tym bardziej nikomu by się nie chciało wykuwać wielkiego i skomplikowanego reliefu. Wniosek z tego prosty, że malowidła i reliefy naskalne musiały powstawać pod wpływem jakichś niezwykłych wydarzeń, które szamani i „starsi” postanowili uwiecznić dla potomności. Nawiasem mówiąc ciekawe, w jaki sposób Aborygen malował lub rzeźbił obraz na skale stropowej jaskini nachylonej pod bardzo dużym kątem bez rusztowania lub wolnostojącej drabiny?

Malowidła naskalne są tak ważne dla Aborygenów, że okresowo przeprowadza się ich konserwację i robi to zawsze „starszy” lub szaman, aby było pewne, że nic nie zostanie zmienione. Powoduje to, że biali uczeni nie są w stanie ustalić prawdziwego wieku tych malowideł i zazwyczaj bardzo go zaniżają – co jest zresztą nagminne wśród naukowych ortodoksów również w przypadku ustalania wieku innych kultur. Akademicka nauka trzyma się po prostu pewnych dogmatów, które sztywno ustalają okres, gdy homo sapiens wyewoluował się z małpy i dowód, że jacyś ludzie istnieli wcześniej jest z miejsca uważany za fałszerstwo i naukową herezję. Drugim powodem jest niedostępność najbardziej świętych miejsc, do których nie wpuszcza się białych. Faktycznie te dzieła, o których wiedzą biali i które zostały zinwentaryzowane, stanowią podobno niewielki procent istniejących. Podobno nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić jakie bogactwo informacji znajduje się w ukrytych i zamaskowanych jaskiniach zwłaszcza na północy kontynentu.

Wiele opowieści zostało spisane w różnych czasach XX wieku w celu spopularyzowania kultury aborygeńskiej, i nadal się je spisuje. Choć napisano je po angielsku, dla białej mentalności są one totalnie nie do odcyfrowania, ponieważ absolutnie nie wiadomo kiedy kończy się rzeczywistość fizyczna a zaczyna metafizyczna oraz kiedy opisywane są fakty, a kiedy zaczyna się ich metafizyczna interpretacja. Bez „starszego” lub szamana, którzy mogliby te przekazy nie tylko przetłumaczyć na zrozumiały angielski, ale przede wszystkim je zinterpretować, wydają się one legendą lub bajką. A „starsi” i szamani wcale nie palą się do interpretacji. Czytałem wiele angielskich tłumaczeń antycznych pism dalekowschodnich i choć w wielu miejscach występują trudności we właściwym zrozumieniu szczegółów i jak się zdaje tłumacze też mieli z tym problemy, jednak można ogarnąć umysłem meritum i dowiedzieć się mniej więcej o co chodzi. Pisma orientalne są również pełne różnego rodzaju metafor i analogii do ówczesnych wydarzeń, zwyczajów oraz są dostosowane do mentalności i obyczajowości ówczesnych Chińczyków lub Hindusów, ale to co się czyta w aborygeńskich przekazach, jest całkowicie odmienne pod każdym względem. Jedynym wytłumaczeniem tego dziwnego faktu może być – jak mi się zdaje – długowieczność tych przekazów. Najstarsze zachowane pisma orientalne powstawały w okresie, gdy istniał już sanskryt, czyli nie wcześniej niż trzy do czterech tysięcy lat temu. Aborygeńska historia jest o wiele, wiele starsza, bo oficjalnie sięga od 40 do 60 tys. lat p.n.e., a nieoficjalnie jest zapewne jeszcze dużo starsza. Rasa aborygeńska jest najstarsza na Ziemi i prawdopodobnie jest pozostałością wcześniejszych cywilizacji, o których niczego nie wiemy.

Jak każda gnoza, aborygeńska historia przekazywana jest z ust do ust w niezmienionym stanie od początku jej istnienia. Powoduje to, że żaden z kolejnych narratorów nie dodaje niczego od siebie, niczego nie pomija i niczego nie zmienia. Żeby być nosicielem gnozy trzeba przejść wszystkie możliwe inicjacje, czyli wtajemniczenia. Taki człowiek jest sprawdzony pod każdym względem, ma wysokie poczucie moralności i etyki, jest doskonale prawdomówny i uczciwy. Tylko taki człowiek może otrzymać gnozę w identycznej postaci jak przez te wszystkie tysiąclecia i co więcej, musi poznać szczegóły i jej znaczenie, czyli musi potrafić ją właściwie interpretować, ponieważ za jakiś czas będzie jej uczył swojego następcę. Wynika z tego, że nawet dzisiaj, w XXI wieku, aborygeńska gnoza nadal istnieje w niezmienionym stanie i może być tak zinterpretowana, żeby można było poznać całą prawdę. Jest tylko jeden szkopuł – Aborygeni nie chcą, abyśmy ją poznali.

Powodów może być wiele. Najbliższym jest oczywiście brak zaufania do białych, czemu absolutnie nie można się dziwić. Biali zabrali im ziemię. Biali zniszczyli ich kulturę. Biali zbezcześcili ich miejsca sakralne. Biali w bestialski sposób wymordowali co najmniej 100 tys. Aborygenów, w tym kobiety, dzieci i starców. Biali masowo siłą odbierali im dzieci, aby je następnie wynaradawiać i maltretować. Biali zamknęli ich w rezerwatach. Biali rozbielali im skórę gwałcąc ich kobiety. Biali próbowali im zabrać ich wierzenia w procesie zimnej i automatycznej chrystianizacji. Biali wpędzili ich w alkoholizm, narkomanię i choroby, których Australia nigdy przedtem nie znała. Biali wprowadzili na lądzie australijskim rasizm i nienawiść, wojnę, przemoc i strach. Biali do dzisiejszego dnia traktują Aborygenów jak bydło. Już ten jeden powód wystarczy, żeby trzymać białych z daleka od odwiecznej, świętej dla Aborygenów gnozy.

Drugim powodem może być rewelacyjność tej gnozy. Prawdopodobnie są w niej elementy, które mówią o panowaniu nad siłami Natury. Jest to bardzo trafna hipoteza, ponieważ skądinąd wiadomo, że zaawansowani Aborygeni potrafią robić rzeczy, które biała cywilizacja nadal uważa za „cuda”, w innych kołach zwane zjawiskami paranormalnymi. Tej wiedzy nie można dać białym, bo zniszczą siebie i planetę. [...]

Przekaz utwierdza w przekonaniu, że Aborygeni są jednym z niewielu narodów na świecie przechowującym gnozę. Chociaż istnieją plemiona na Ziemi, które również przekazują jakąś wiedzę z pokolenia na pokolenie, ale jej interpretacja dawno zaginęła. Tymczasem Aborygeni przekazują sobie gnozę wraz z interpretacją, a zatem ich wiedza jest szczególnie cenna. Jednakże na razie nie wiemy nawet co zawiera – domyślamy się jedynie, że mówi o kosmologii, o historii świata i ludzkości. Być może mówi również o dawnych cywilizacjach i o ich tragicznym losie, który doprowadził ludzkość planety do przejścia do najprostszych form egzystencji, zwanych popularnie zdziczeniem? Tę wiedzę posiadają również mistrzowie duchowi w Indiach, ale i oni udzielają wymijających odpowiedzi. Wiadomo tylko, że mają te same poglądy co Aborygeni na temat modelu idealnego społeczeństwa.

Jak zwykle w przypadku takich przekazów nie zostały przedstawione żadne daty. Zważywszy sytuację na świecie, przekazanie gnozy nastąpi nieprędko. Zachodnia cywilizacja na razie idzie w zupełnie przeciwnym kierunku i stworzenie globalnego społeczeństwa bez rządów jest odległym marzeniem idealistów. Biali chcą rządzić, biali chcą mieć, biali są nietolerancyjni, biali nie wiedzą co to jest miłość – jakże więc mogą stworzyć warunki dla utworzenia społeczeństwa zgodnego z aborygeńskimi ideałami? To niemożliwe. Przynajmniej na razie.

Niemniej jednak te ideały nigdy nie były li tylko nierealnymi mrzonkami marzycieli i idealistów. Model aborygeńskiego społeczeństwa sprawdzał się w praktyce przez wiele tysiącleci i został poważnie zakłócony lub w niektórych przypadkach całkowicie zniszczony w konfrontacji z białą, podobno wyższą cywilizacją. Ta rzekomo wyższa kul-tura istnieje od niedawna – tworzyła się zwolna na podwalinach antyku przez półtora tysiąclecia, aby nabrać tempa ok. 500 lat temu. W porównaniu do kultury aborygeńskiej jest więc niezmiernie młoda, co wcale nie przeszkadza, że już w tak młodym wieku jest niezmiernie skorumpowana i zboczona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz