Loading...

piątek, 13 maja 2011

John Davidson: Ewangelia Jezusa - w poszukiwaniu jego prawdziwych nauk

Ze względu na swą uniwersalną powszechność mistycyzm nazwany został filozofią perenialną, na którą się natykamy we wszystkich czasach, wśród wszystkich narodów oraz we wszystkich religiach. W samej rzeczy, gdy bez uprzedzeń przyjrzymy się naukom religijnym na świecie, stwierdzamy, że poza dzielącymi je różnicami kulturowymi oraz odmiennością rytuałów, prawie wszystkie zbudowane zostały na fundamentach tych samych, uniwersalnych, duchowych, czyli mistycznych prawd. Studia nad tą uniwersalną, duchową bazą religii i próby praktykowania jej na co dzień, poszerzają horyzonty, umożliwiając rzut oka poza granice religii, poza uprzedzenia i zabobony, a co za tym idzie, pozwalają na uzyskanie swobodnego i szeroko rozpościerającego się widoku na przestrzenie prawdziwej duchowości, która jest dziedzictwem należnym wszystkim ludzkim istotom. A mimo to wydaje się, że wrodzoną ludzką cechą jest zawężanie spraw uniwersalnych i robienie z nich zaściankowo-parafialnych konkretów.


Potrzeba jedynie uważniejszego spojrzenia i rozwagi, aby dojść do przekonania, iż nauki Jezusa a nauki chrześcijaństwa to nie to samo. W chrześcijaństwie istnieje długi szereg praktyk i wierzeń, które nie mają żadnego oparcia w tym, co Jezus powiedział i czego nauczał. Dodawane były w miarę rozwoju religii, a ich powstanie można w wielu przypadkach prześledzić historycznie i ustalić dokładnie ich miejsce i czas. W dodatku, wiele ewangelicznych wypowiedzi Jezusa oraz zapisów przedstawiających wydarzenia, to sprawy trudne do pojęcia, co sprawiło, że zostały zinterpretowane na przeróżne sposoby, przez różnych ludzi i w różnych czasach. Ta rozbieżność pomiędzy chrześcijaństwem i naukami Jezusa jest ważnym czynnikiem w naszych badaniach, czego on właściwie nauczał. [...]

Niniejsza książka została napisana z myślą przede wszystkim o czytelnikach wychowanych w chrześcijańskim kręgu religijno-kulturowym, którzy poszukują wyższego i głębszego zrozumienia, wykraczającego poza rytuały i dogmaty. Jej układ i styl ma zatem na celu udostępnienie zawartości zwykłemu, świeckiemu człowiekowi. Wydaje mi się, że tak szeroko zakrojone studia mistycznych i spokrewnionych pism pochodzących z czasów Jezusa, przeprowadzono po raz pierwszy. [...]

Prawo do posiadania własnych przekonań i swoboda ich wyrażania, którymi cieszą się prawie wszystkie kraje zachodnie, wraz ze zjawiskiem przemieszania kultur oraz wolnym dostępem do innych wyznań, doprowadziły wielu ludzi do zakwestionowania unikalnego charakteru chrześcijaństwa i jego autorytetu jako jedynego medium zapoznającego z naukami Jezusa. Niezadowolenie zaostrza się dalej poprzez zwiększający się trend materialistyczny, wytwarzając głęboki rozdział pomiędzy życiem religijnym i materialnym. W rezultacie unikalne przesłanie chrześcijaństwa o cudownym narodzeniu i jedynym Synu Boga, który umarł męczeńską śmiercią na krzyżu w celu spłacenia „grzechów świata”, już nie brzmi rewelacyjnie we współczesnej, naukowej epoce. Ani też dla wielu – już niebojących się piętna heretyka, społecznego ostracyzmu lub miana niedowiarka – nie brzmi to prawdopodobnie. [...]

Na przykład wielu gnostyków chrześcijańskich było zdania, że Jezus nauczał reinkarnacji, w którą powszechnie wierzono w Europie, Afryce Płn. (głównie w Egipcie) i na Bliskim Wschodzie. Inni odrzucali wiarę w narodzenie z dziewicy, rezurekcję materialnego ciała i inne dogmaty, które są do dziś podstawami chrześcijańskiej doktryny. Orygenes (ca 185–254 AD), pryncypał szkoły dla chrześcijan w Aleksandrii, bardzo wcześnie w III w. n.e. cytował niektórych gnostyków utrzymujących, że wiara w fizyczną rezurekcję jest „wiarą głupców”, zaś sam Orygenes głosił, że rezurekcji nie powinno się rozumieć dosłownie, lecz jako metaforę zdarzenia w sferze niematerialnej. [...]

Generalnie rzecz biorąc jest sprawdzonym faktem, że po odejściu z tego świata przywódcy i nauczyciela, jego naśladowcy i zwolennicy nie są w stanie utrzymać jego ideologii i kontynuować przebiegu spraw w taki sposób, jak on to zapoczątkował. Zaczynają się wkradać zafałszowania, odchyłki i rozbieżności, a nawet rozłamy i podziały na obozy i frakcje. W trakcie tworzenia się religii ten proces rozpuszczania, rozmywania się nauk oraz wprowadzanie urozmaiceń i wychodzenie na zewnątrz może iść w wielu kierunkach. W ciągu ubiegłych wieków chrześcijaństwo uległo takiemu „urozmaiceniu” jak żadna inna religia w historii pisanej.
Jak niesie wieść, Diabeł ze swym przyjacielem wybrali się kiedyś na spacer, gdy nagle ujrzeli człowieka, który w zachwycie schylił się, żeby coś podnieść. Co on podniósł? – zapytał przyjaciel. Kawałek Prawdy – odrzekł Diabeł niefrasobliwie. I ty się tym nie przejmujesz? – zdziwił się przyjaciel. Nie, – powiedział Diabeł. – poczekam aż zrobi z tego religię! [...]

Oskarżenie wniesione przeciwko Jezusowi było polityczne w swej naturze – musiało to być coś, co zmusiłoby rzymskiego gubernatora do działania. Kapłani zeznali więc, że Jezus obwoływał się „królem żydowskim”, Mesjaszem, potencjalnym ogniskiem zapalnym społecznego zamieszania. Jednakże ze studiów nad powiedzeniami Jezusa widzimy wyraźnie, jakie były naprawdę powody jego braku popularności w kołach kapłańskich, jako że raczej nie przebierał w słowach. [...]

Jak zatem widzimy, wszystkie takie ścieżki prowadzące do urozmaicania, a następnie upadku, wynikają ze skierowanych na zewnątrz tendencji umysłu. Lecz prawdopodobnie największą eksternalizacją i zmaterializowaniem nauk mistycznych jest użycie ich w charakterze usprawiedliwienia niegodnego traktowania bliźnich poprzez stosowanie tortur i popełnianie morderstw. Najpierw nauki stają się relikwiami i uważa się je za „święte księgi” i niepodważalne dogmaty. Następnie, jeśli ktokolwiek powie coś nie tak lub nie zgadza się z przyjętą interpretacją, obwoływany jest heretykiem. Taki osąd prowadzi nieuchronnie do nurzania się w okrucieństwie, rozlewie krwi i barbarzyństwie w imię religii. Chrześcijaństwo nie jest tu jedynym oskarżonym. To wydaje się być jednym z aspektów ludzkiej natury.


Jasnym jest zatem, że Jezus nigdy by nie poparł większości tych zewnętrznych praktyk, jakie odprawia się w jego imieniu. Doprawdy żadna z nich nie istniała za jego życia, choć od tak wielu wieków stanowią esencjalną część chrześcijaństwa. Wtedy był tylko Jezus, jego uczniowie i minimum formalności. Jak żyli i jak ich nauczał – tego dokładnie nie wiemy. Wiadomo jednak na pewno, że nie było ustanowionych form uprawiania wiary, nie było żadnych kościołów, żadnego kleru, żadnych klasztorów, ani żadnej brutalnej obrony doktryn. Faktycznie nie było żadnych z tych nawarstwień, które obecnie stanowią tak ważną część religii chrześcijańskiej. [...]

W Ewangelii Marka najbardziej godną uwagi jest kompozycja złożona prawie całkowicie z materiału narracyjnego, głównie o tematyce cudotwórczej. Ewangelista był niezaprzeczalnie miłośnikiem cudów, na czym ucierpiały nauki Jezusa, których jest u Marka bardzo niewiele. Jego proste i bezpośrednie przesłanie mówi o Jezusie, Synu Bożym – udowadniając to za pomocą znaków i cudów – skazanym i ukrzyżowanym za grzechy ludzkości. Człowiek musi pokutować i być ochrzczony, bo Jezus niedługo powróci, aby sądzić świat. Naśladowcy i wyznawcy Jezusa zostaną zbawieni, a reszta zostanie wtrącona do ognia piekielnego. Przyglądając się tym prostym tezom, uczeni wpadli na pomysł, że Ewangelia Marka została napisana „ku pokrzepieniu serc” i podparciu wiary niepiśmiennej gminy rzymskiej w czasach prześladowań, być może podczas lub po wyczynach Nerona zakończonych podpaleniem Rzymu w 64 r. AD, kiedy zaczęło się już wydawać, że to „ponowne przyjście” nigdy nie nastąpi.


Co dziwne, Ewangelia Marka nie zawiera żadnej wzmianki o narodzeniu z dziewicy. Historie narodzin na wstępie Ewangelii Łukasza i Mateusza, u Marka w ogóle nie występują – tak samo zresztą jak w Ewangelii Jana. Marek rozpoczyna raptownym wejściem, informując o mistrzostwie Jana Chrzciciela (na temat którego nie ma również żadnej biograficznej noty). Nie dość na tym, kończy on swoją Ewangelię pustym grobem – a zatem nie ma również historii zmartwychwstania, które są późniejszymi dodatkami.


Zwróćmy uwagę, że dla kogoś, kto był takim miłośnikiem opowieści o cudach, pominięcie takich dwóch okazji jest wprost zaskakujące. Możemy tylko przypuszczać, że albo Marek nic nie słyszał o niepokalanym poczęciu i innych historiach na temat urodzenia Jezusa, albo w nie nie wierzył. Natomiast pominięcie historii zmartwychwstania jest zastanawiające, dlatego istnieje sugestia, że oryginalnie istniało mówiące o tym zakończenie, ale przepadło już bardzo wcześnie. [...]

Jakkolwiek data urodzenia Jezusa owiana jest mgłą tajemnicy, to jednak wydawałoby się, że nie powinno być wątpliwości co do miejsca, w którym się wychowywał, czyli Nazaretu. Lecz i to również żadną miarą nie może być uważane za pewne. Zwyczajowo i od zawsze przyjmujemy bez zastrzeżeń, iż Jezus zwany był Nazareńczykiem ze względu na to, że pochodził z Nazaretu. Tymczasem sekty i religie nie zawsze biorą swą nazwę od nazwy jakiejś wsi lub okolicy. Poza tym, w dodatku do historycznych niezgodności pomiędzy Ewangeliami Mateusza i Łukasza w częściach dotyczących narodzenia Jezusa, co rzuciło cień wątpliwości na autentyczność obu, niektórzy uczeni również wskazują na fakt, że nie ma żadnych wzmianek o miejscowości o nazwie Nazaret aż do IV w. AD, co rodzi przypuszczenia, iż jakaś wioska została przemianowana w późniejszych czasach, aby dopasować się do już istniejącej legendy.
O słuszności tego twierdzenia może świadczyć Stary Testament, w którym nigdzie nie ma wzmianki o takiej miejscowości oraz dzieła cytowanego wcześniej Józefa Flawiusza, który doskonale znał tamte tereny z racji piastowania przez jakiś czas stanowiska gubernatora Galilei. Józef pisał szczegółowe raporty na temat tej prowincji, ale nigdzie nie wspomniał o Nazarecie.26 Jednakże na początku IV w., kiedy Konstantyn, pierwszy chrześcijański cesarz rzymski, zarządził spis wszystkich miejsc uważanych przez chrześcijan za święte, na liście pojawiła się wioska o tej nazwie, bez wątpienia ciągnąca korzyści z przyjmowania coraz bardziej rosnącej liczby pielgrzymów. [...]

Nieobecność jakiejkolwiek definitywnej historii oraz ewidentne dziury w życiorysie Jezusa, o którym absolutnie niczego nie wiadomo, stworzyło pole do powstawania nieprzebranej obfitości bajek i teorii. Apokryficzne teksty XX w. są niemal tak samo liczne, jak ich odpowiedniki sprzed dwóch tysiącleci. Mając na uwadze prawie całkowity brak prawdziwych informacji historycznych, ten rodzaj materiału wymaga ostrożnego podejścia przy użyciu całej inteligencji i zdolności odsiewania ziarna od plew.


Na przykład teoria mówiąca, że Jezus spędził jakiś czas w Tybecie przed podjęciem swojej misji, jest XIX-wiecznym opowiadaniem opisanym w książce opublikowanej w 1894 r. przez rosyjskiego dziennikarza Mikołaja Notowicza. Notowicz utrzymywał, że odczytano mu zawartość dwóch antycznych tomów zatytułowanych Życie świętego Issy, gdy leczył złamaną nogę w jednym z tybetańskich klasztorów w miejscu zwanym Hemis, usytuowanym niedaleko miasta Leh, stolicy powiatu Ladakh, na granicy Tybetu z Indiami. Issa jest imieniem nadanym Jezusowi w tamtej części świata. [...]

Logicznie rzecz biorąc niemożliwym jest dowiedzieć się na pewno czy jest jakiś Bóg, bo ani inteligencja, ani przemyślenia nie mogą pomóc w doznaniu Go, chociaż te ostatnie do pewnego stopnia mogą nam przybliżyć to zagadnienie. Mistycy twierdzą, że zaskakująca rozmaitość, złożoność, porządek i organizacja, które obserwujemy w universum, nie zaistniały przypadkowo. Stoi za tym wszystkim nadrzędna Inteligencja. Współczesna nauka co nieco odkryła i opisała z tego nieprawdopodobnego porządku, ale nie jest w stanie pojąć jego początków. Jednakże już samo istnienie tego porządku coś nam przecież mówi.


Jest opowieść o pewnym „prymitywnym” człowieku, który idąc przez puszczę natknął się na staromodny, kieszonkowy zegarek. Podniósł go, obejrzał, odkrył jak się go nakręca oraz zauważył, jak dokładnie i pięknie wszystkie jego części pasują i współpracują ze sobą. Nie musiał zbyt długo myśleć, żeby dojść do wniosku, że ktoś musiał to zrobić, bo przecież tak sprytny instrument nie mógł sam powstać przypadkiem. A zatem ten kieszonkowy zegarek musiał mieć inteligentnego twórcę. Podobnie jest z universum, w którym żyjemy.
Mistycy wszystkich czasów i krajów twierdzą, że Bóg jest niezrodzonym, samoistniejącym, nieśmiertelnym, Najwyższym Duchem, źródłem wiecznego życia itd. Lecz prawdopodobnie najważniejszym z ludzkiego punktu widzenia będzie jeszcze jedno ich twierdzenie, a mianowicie, że esencjalną naturą Boga jest miłość i że właśnie z miłości wszystkie Jego pozostałe cechy się wywodzą. Jeżeli zatem Bóg jest miłością, a dusza została stworzona z Jego esencji, to najbardziej wewnętrzną naturą duszy również musi być miłość. A ponieważ związek kropli miłości z Oceanem Miłości może polegać tylko na miłości, prawdziwy związek duszy z Bogiem jest więc związkiem miłości, a wewnętrzna ścieżka do Boga również jest ścieżką miłości. Na identycznej zasadzie, najwyższym związkiem jednej duszy z każdą inną duszą, również będzie związek miłości. [...]

W umysłach współczesnych chrześcijan istnieje niezłe zamieszanie, gdy chodzi o znaczenie Słowa Bożego. Jest to ta sama konfuzja, która panowała wśród wielu wczesnych chrześcijan odzwierciedlając się w Ewangeliach. Wielu ludzi bez większego zastanawiania się nad tą kwestią twierdzi, że Słowo oznacza zewnętrzne nauki ukazujące przesłanie Jezusa, ponieważ w istocie, w wielu przypadkach termin ten został użyty właśnie w tym sensie. Lecz w równie wielu, jeżeli nie w większości przypadków, Słowo Boże posiada daleko bardziej mistyczne znaczenie. [...]

Z naszego ograniczonego ludzkiego punktu widzenia, jedną z najistotniejszych cech Słowa Bożego jest bez wątpienia możliwość jego wewnętrznego słyszenia przez człowieka, który uprawia właściwe praktyki duchowe. Innym ludziom czasem się to również zdarza przez chwilę zupełnie samorzutnie, gdy umysł jest spokojny i głęboko skupiony. Słowo jest słyszalne w formie najpiękniejszej muzyki – jest to pierwotna, najdawniejsza, „najpierwsza” muzyka powstającego Stworzenia, początku wszystkiego. Rozbrzmiewa nieustannie w każdej cząstce Stworzenia i w każdej duszy. Jest budzącym zachwyt i grozę, zapierającym dech w piersiach podniosłym doznaniem, zupełnie samoistnie wywołującym w duszy prawdziwą wiarę i cześć, będącym czymś zupełnie odmiennym, milion razy głębszym i prawdziwszym od uczuć, które wzbudzić może najbardziej spektakularna ceremonia lub rytuał. Tym doznaniem jest Głos Boga, cudowny dźwięk, niebiańska muzyka, prawdziwa muzyka sfer, która utrzymuje wszechświat i dusze w istnieniu. [...]

Praktyki religijne noszące charakter ceremonii są mentalną adoracją i wymysłem człowieka. Człowiek podczas nich klęka, śpiewa pieśni nabożne, odmawia modlitwy, zaś jego umysł wędruje sobie swobodnie po całym świecie, myśląc o wszystkich tych sprawach, które zajmują jego codzienne życie. Sprawy rodzinne, zawodowe, środowiskowe i miłosne afery, kłopoty i zainteresowania, działania i rozrywki – w istocie wszystko prócz oddawania czci Bogu przychodzi wtedy do głowy. W rzeczywistości – bądźmy szczerzy – większość z nas nie ma najmniejszego pojęcia o prawdziwej naturze adoracji Boga. Ludzie na ogół idą do kościoła, do synagogi, meczetu, czy jakiegokolwiek innego „świętego” budynku, bardziej z przyzwyczajenia, w celu wypełnienia określonego rytuału lub z innych, „czysto ludzkich” względów, niż z powodu palącego pragnienia prawdziwego poznania i oddania czci Bogu. [...]

W starożytności nauki mistyczne były wieloaspektowe i z różnych powodów trzymane w sekrecie. Przede wszystkim, jak widzimy z okoliczności towarzyszących śmierci Jezusa, Jana Chrzciciela i wielu innych mistyków, nauczanie ścieżki mistycznej nie było bezpiecznym zajęciem. Mistrzowie, którzy uczyli tylko miłości, narażali tym życie. Również ich uczniowie wystawieni byli na prześladowania i męczeńską śmierć, gdy ich poglądy wychodziły na światło dzienne.


Jeszcze bardziej niż poglądy i wierzenia, ich praktyki duchowe, które są najzupełniej proste i nieszkodliwe, spotykały się z niezrozumieniem, a zwłaszcza wśród nietolerancyjnych, strachliwych i zabobonnych mas. Można sobie łatwo wyobrazić, jakie powstawały oskarżenia o czary, magię i satanizm, gdy usłyszano – oczywiście na ogół w już skrzywionej formie – że jakiś mistyk ze swoimi uczniami próbowali opuścić swe ciała w celu dojścia do nieba i dalej podczas swego życia. Albo, gdyby usłyszano, że wsłuchiwali się oni w swoich własnych głowach w niebiańską muzykę, której nikt inny nie był w stanie usłyszeć. W Ewangeliach spotykamy wzmianki, że Jezus i jego uczniowie byli oskarżani o uprawianie magii niższego stopnia – o to samo zresztą obwiniani byli niektórzy gnostycy. Poza tym sugestie, że człowiek może dostąpić zjednoczenia z Bogiem, może Go widzieć i na koniec może stać się samym Bogiem, zawsze wprawiało ortodoksów w zakłopotanie, całkowicie niezależnie od faktu, że wszyscy mistycy stawiali to jako fundamentalną prawdę oraz podstawowy cel duchowych usiłowań najwyższego stopnia.


Nie tylko możliwość prześladowań powodowała, że nauki trzymano w tajemnicy. Postępowano tak również dlatego, że jedynie człowiek posiadający właściwe przewodnictwo może próbować praktyk duchowych. Wybieranie się na podbój nieznanych terenów bez kompetentnego przewodnika jest po prostu szaleństwem. Wnętrze istoty ludzkiej jest rozległą dziedziną, w której odpowiednie przewodnictwo jest niezbędne w celu uniknięcia licznych niebezpieczeństw i pułapek. Poza tym, sekrety duchowych ćwiczeń posiadają prawdziwą wartość tylko dla tych, którzy naprawdę chcą je uprawiać. Dla innych są ciekawe z akademickiego punktu widzenia, ale zazwyczaj ludzie ci nie mają ochoty na uznanie ich prawdziwej natury, bowiem praktyki duchowe są czymś, w co trzeba się osobiście zaangażować i czego trzeba samemu doświadczyć. Nie jest to w żadnym wypadku przedmiot do naukowo-intelektualnych dysertacji.
Dlatego zamiast publikować szczegóły praktyk duchowych i związaną z nimi wiedzę podając je do wiadomości publicznej i dolewając tylko oliwy do ognia procesu wprowadzania zmian, skrzywień i rozwadniania treści, mistycy musieli nauczać w bezpieczniejszych warunkach, aby utrzymać je w tajemnicy. Poza tym pisane instrukcje i szczegóły same nie są w stanie naprawdę pokierować uczniem. Potrzebny jest kontakt z Mistrzem, który daje możliwość uzyskania nauk poufnej natury. [...]

Dla ludzi spostrzegawczych i myślących zaskakującym jest odkrycie jednej z największych, paradoksalnych zagadek tego świata implikującej, że Bóg, o którym mówi się, iż jest samą miłością, pokojem i szczęściem, mógł wykreować Stworzenie, gdzie jest tak wiele nienawiści, niezgody i cierpienia. Nikt nie może negować istnienia dobra i zła na tym świecie. Jest miłość i nienawiść, radość i smutek, uczciwość i oszustwo, gwałt i harmonia, tolerancja i uprzedzenia, zadowolenie i niezadowolenie, grzeczność i chamstwo, uzdrawianie i zabijanie, życie i śmierć, i wiele podobnych przeciwieństw w całym spectrum ludzkiego życia. Również i inne gatunki zamieszkujące naszą planetę, żyją w nieustannym napięciu. Ich momenty szczęścia – o ile w ogóle zdarzają się takowe – są za każdym razem tłumione przeciwnościami losu. Jedno stworzenie zjada drugie w niekończącym się kręgu jedzenia i bycia jedzonym. Życie jest dla każdego cenne, a mimo to śmierć przychodzi tak łatwo i raptownie!


Jeżeli Bóg jest Nadrzędnym Panem, oznacza to, że jest On ostatecznie odpowiedzialny za wszystko, co wydarza się w Jego Stworzeniu. Jeżeli jest On wewnątrz wszystkiego i jest wewnętrznym inicjatorem we wszystkich sprawach, to musi być On również twórcą nieszczęść, cierpień, nienawiści i całej reszty. Jeżeli nie, to nie jest nadrzędnym. Jak taki stan rzeczy może się utrzymywać? [...]

Mistycy i gnostycy przedstawiali Stworzenie jako złożone z licznej hierarchii władców, z których każdy otrzymuje władzę od Najwyższego Pana, a mimo to każdy z nich działa autonomicznie na swoim podwórku. Podobne to jest do człowieka funkcjonującego w tym świecie tak jakby posiadał wolną wolę i był oddzielną indywidualnością, a mimo to związanego z innymi w jedną wielką całość siłami kosmicznymi i prawami natury. Tak też i ci władcy, zarządzający i administratorzy wyższych światów, działają w granicach woli Najwyższego, ciesząc się pozorną niezależnością.


W tej hierarchii Stworzenia istnieje jeden władca, który wywiera wpływ na nasze życie bardziej niż reszta. Mistycy określili go (lub „to”) jako projektanta wszystkich problemów, które usidlają dusze zamieszkujące ten świat. Wspomnieliśmy o nim dotąd jako o Uniwersalnym Umyśle lub Sile Negatywnej, a tymczasem z biegiem wieków ten władca otrzymał niemal tyle samo imion co sam Bóg. Sugeruje się, że to tę właśnie moc miał Jezus na myśli, gdy mówił o Szatanie lub Diable. [...]

Choć nie ulega wątpliwości, że Jezus uczył o istnieniu Szatana, to jednak bardzo niewiele zapisane zostało w Ewangeliach na temat jego natury, pochodzenia oraz sposobów funkcjonowania w tym świecie, powodując, że jest on tym, czym właśnie jest. Jezus po prostu tylko wspomina o nim tu i tam. Dlatego nie należy się dziwić, że opinie wczesnych „ojców Kościoła” bardzo się od siebie różniły, ponieważ nie mieli żadnej konkretnej bazy w jego wypowiedziach, zaś późniejsze nauki Kościoła były jeszcze bardziej konfundujące. Na przykład, widzimy według nich Szatana jako „upadłego anioła”, który nie posłuchał Boga – jest to rzekomy fakt, który nie znajduje wcale potwierdzenia pośród wypowiedzi Jezusa, ani nie wyjaśnia procesów, za pomocą których Szatan wywiera wpływ na ludzkie myśli i zachowanie – nie mówiąc już o tym, że nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg nie ma ochoty wziąć go w karby lub jest pozornie niezdolny, aby tego dokonać. W związku z tym, sprawa pozostaje nierozwikłaną tajemnicą i wielu teologów, zarówno dawnych, jak i współczesnych, trzyma się jak najdalej od wszelkich dyskusji o naturze Diabła, traktując ten temat jako zbyt krępujący.


Studia nad literaturą wczesnochrześcijańską i spokrewnionymi pismami oraz znajomość nauk wielu innych mistyków pozwala na lepsze i klarowniejsze zrozumienie tego zagadnienia. Mistycy twierdzą, że za zarządzanie tym światem odpowiedzialna jest Siła Negatywna i olbrzymia mnogość pomniejszych mocy będących w zasięgu jej działania. Jest ona władcą nie tylko tego materialnego świata, ale dwóch pozostałych sfer: astralnej i przyczynowej. Siła Negatywna, czyli Szatan – o ile decydujemy się utożsamiać jedno z drugim – jest zatem władcą również niebiańskich światów, do których zgodnie z naukami większości religii, starają się dostać ich wierni po śmierci. [...]

Musimy sobie zdać jasno sprawę z faktu, że mamy tu do czynienia z procesami kosmicznymi o niesłychanych rozmiarach i w związku z tym wszelkie tendencje do antropomorfizowania zarówno Boga, jak Szatana, mogą być dopuszczalne jedynie dla potrzeb metaforycznych. Mówimy o mocach, o energiach leżących daleko poza zasięgiem naszego pojmowania i jedynym sposobem prawdziwego ich zrozumienia jest bezpośrednie, osobiste, mistyczne doznanie. Szatan tak samo nie jest diabłem z czerwonym obliczem, spiczastymi uszami i ogonem, żyjącym wśród płomieni, smoły i siarki, jak Bóg nie jest poczciwym staruszkiem z długą brodą, wyglądającym zza wilgotnej chmurki. [...]

Chrześcijańska koncepcja Szatana postrzega go jako istotę, która jest całkowicie ciemna i zła. Nawet tradycja judejska w czasach Jezusa w ten sposób przedstawiała Szatana. Ukazuje się go przede wszystkim jako zawsze obecnego kusiciela ludzkości w tym świecie oraz jako zarządcę piekieł, gdzie dusze są karane i pieczone za swe grzechy. Natomiast Siła Negatywna, o której mówią mistycy, posiada zupełnie inną naturę. Według mistyków, Siła Negatywna jest źródłem wszelkiej rozmaitości w światach umysłu i materii. Jest ona inicjatorem – twórcą w pewnym sensie wszystkiego – w tym świecie. Jest ona odpowiedzialna za zasłonę dwoistości i separacji, narzuconą na pierwotną jedyność i czystość Boga. Pojęcie dwoistości implikuje zarówno dobro, jak i zło, światło tak samo jak ciemność. Jedno nie może istnieć bez drugiego, bo są one dwiema stronami tej samej, jednej monety. Dobro i światło królestwa Szatana jest zatem pojęciem względnym i nie można ich utożsamiać z nieporównywalną i najczystszą miłością, światłem i błogostanem Boga.


Siła Negatywna jedynie kształtuje i wypromieniowuje pierwotną energię Boga, a jej egzystencja całkowicie zależy od Boga. A zatem, tak długo jak Szatana przedstawia się jako coś całkowicie negatywnego i oddzielonego od Boga, jego rola w Stworzeniu pozostaje paradoksem. Lecz gdy tylko spojrzymy nań jako na ekspresję, na zstąpienie niżej Boskiej mocy, wówczas jego istnienie i działania w tym świecie stają się o wiele bardziej zrozumiałe.


Zamieszanie w pojęciach i niezrozumienie rodzą się częściowo w wyniku traktowania Szatana jako czyste zło – czyli z przekonania, które całkowicie przeniknęło chrześcijański system rozumowania. Za tym z kolei poszła koncepcja grzechu jako czegoś stuprocentowo negatywnego i złego. Mistycy ukazują grzech z o wiele szerszej perspektywy i w o wiele mniej emocjonalny sposób. Według nich, dobro i zło tego świata jest ze sobą nierozerwalnie związane jako dwa aspekty „grzechu”, z których jeden istnieje dzięki drugiemu. Czyste dobro i doskonałość Boga są ponad i poza oboma i posiadamy mnóstwo dowodów w Ewangeliach, że Jezus postrzegał to w ten sam sposób. [...]

Wyjaśniana za pomocą mieszaniny mitów, metafor i metafizyki, rola Szatana polegająca na utrzymywaniu dusz w odłączeniu od Boga, zawsze była fundamentalnym aspektem nauk gnostyckich oraz nauk głoszonych przez mistyków na przestrzeni millenniów. Mówią oni, że zadaniem Szatana narzuconym mu przez Boga, jest zabezpieczanie ogólnej równowagi Stworzenia, utrzymywanie dusz uwięzionych w swoim królestwie i nie pozwalanie im na ucieczkę i powrót do Boga. [...]

Zrozumiałe, iż nie jest łatwo pojąć jak to się dzieje, że Diabeł działa w granicach woli Boskiej. Jest to odwieczny problem i zakrawa na paradoks, dlatego znalazł on swój oddźwięk w Homiliach Klemensa, w pytaniu, które zadano Piotrowi:


Kiedy Piotr to powiedział, Lazarus, który był również jednym z jego uczniów, rzekł: Wytłumacz nam równowagę, jak mamy rozumieć, że Zły miałby być wyznaczony przez prawego Boga jako karzący bezbożnych? A Piotr odrzekł: Dopuszczam oczywiście, że Zły nie robi nic złego, gdyż jest on wykonawcą danego mu prawa. I chociaż charakteryzuje się złymi skłonnościami, to jednak na skutek bojaźni Bożej nie robi niczego niesprawiedliwego, lecz za oskarżanie nauczycieli prawdy w celu usidlenia nieostrożnych, nazwany został oskarżycielem (Diabłem). (Clementine Homilies XX:IX, CH p.320) [...]

Zadanie utrzymywania dusz w niewoli Szatan wykonuje bardzo prosto poprzez zajmowanie ich uwagi najprzeróżniejszymi zjawiskami i aktywnością w obrębie swojego świata. Za pomocą zmysłów uwaga umysłu jest dosłownie przykuta do życiowej gry materialnego świata. Ten proces jest tak wspaniale efektywny, że zaabsorbowane bez reszty dusze nie chcą uwierzyć, iż cokolwiek poza zewnętrznym światem jeszcze istnieje, a nawet dochodzą do przekonania, jakoby ich własne umysły były niczym innym jak tylko wyrazem materialnych sił dostrzeganych za pomocą zmysłów. Dusze pozostają w więzieniu wplątane w zaaranżowane działania i zapewnione warunki do tych działań. Gnostycy uważali ten świat za całkowicie zły przede wszystkim dlatego, że niezależnie czy działania człowieka są dobre czy złe, służą one jedynie jednemu celowi: tym silniejszemu utrzymywaniu duszy tutaj. Jest ona podobna człowiekowi na lotnych piaskach – im bardziej walczy o życie, tym głębiej się zapada. [...]

Uniwersalny Umysł jest superpotężnym, ultralogicznym megakomputerem, działającym na podstawie jednego, najwyższego pryncypium obowiązującego we wszystkich należących do niego światach. Tym naczelnym pryncypium jest przyczynowość – multiwymiarowe, wielostronne, superdynamiczne prawo przyczyny i skutku. Tak samo jak taśma w projektorze kinowym rozszczepia białe światło na bogatą różnorodność kolorowych obrazków na ekranie, tak też i Uniwersalny Umysł rozszczepia pojedynczość twórczej Mocy Boga na miriady roztańczonych, przyczynowo powiązanych wzajemnie części. W ten sposób, cokolwiek zdarza się w domenie Uniwersalnego Umysłu, ma miejsce z jakiegoś „powodu” i musi za tym stać jakaś bezpośrednia przyczyna. Z kolei wszystkie wydarzenia i działania tworzą odpowiadające im skutki. Jest to podstawowe prawo Uniwersalnego Umysłu, które na każdym kroku odzwierciedla się w świecie materii, gdzie wszystkie prawa natury jak dotąd pojęte przez człowieka są nieodmiennie podporządkowane temu pryncypium. Za wszystkim, co dzieje się tutaj, stoi przyczyna – w rzeczywistości cała tkanina przyczyn – która sama jest częścią niekończącego się, niesamowicie kompleksowego labiryntu przyczyn i skutków.


Prawo to nie przewiduje wyjątków. Nic nie jest zapomniane lub wybaczone. Cokolwiek wchodzi w umysł, musi się uzewnętrznić w taki lub owaki sposób. Każde dokonane działanie musi wywołać odpowiadającą reakcję w późniejszej scenie dramatu. Jednakże, w trakcie życia człowieka możliwość takiego uzewnętrznienia na ogół nie przychodzi. Przypuśćmy, że ktoś wybudował silny związek z osobą, która zaraz umarła i nie było jakiejkolwiek sposobności do wytworzenia się pozytywnych lub negatywnych impresji w umysłach obu tych osób, a tym samym również do zaowocowania w postaci skutków. Albo – wyobraźmy sobie, że ktoś posiada pragnienia, które nie miały okazji się spełnić. W obu przypadkach, ludzie ci umierają z niespełnionymi pragnieniami nadal aktywnymi w swoich umysłach. W umyśle pozostaje „nie załatwiona sprawa”, którą przenosi się do życia pozamaterialnego. Faktycznie, w ciągu jednego życia istnieje bardzo niewiele okazji i możliwości, aby wszystkie myśli i działania wydały owoce w odpowiedni sposób. Człowiek umiera zatem, wraz ze zgromadzonym, skumulowanym mentalnym gruzem oczekującym ekspresji. Stąd mamy tak olbrzymią ilość potencjalnych przyczyn oczekujących na wyrażenie się odpowiadających im skutków. [...]

Reinkarnacja oznacza, że kiedy ciało umiera, dusza żyje dalej w towarzystwie umysłu, w którym pragnienia i odciski przeszłych wydarzeń są wygrawerowane w postaci „nasion”. W celu wyrażenia się i spełnienia tych „nasion”, umysł sprowadza duszę do innego ciała. Dlatego pojmowanie reinkarnacji jest niekompletne bez jej nieodstępnego towarzysza, którym jest prawo przyczyny i skutku. I odwrotnie – prawo przyczyny i skutku rozumiane jako zapłata za dobre lub złe czyny i pragnienia, wydaje się niekompletne i pełne niekonsekwencji, jeśli nie rozpatruje się go razem z reinkarnacją. Gdy tylko reinkarnację oraz prawo przyczyn i skutków połączymy sobie w jeden obraz, wówczas wiele innych zagadnień staje się logiczne i zrozumiałe.


Trudno się dziwić, że tak wielu wczesnych chrześcijan wierzyło w reinkarnację. Doktryna reinkarnacji była częścią filozofii szeroko znanej w tamtych czasach i zaiste byłoby niezwykłym, gdyby Jezus jej nie nauczał. Wielu innych ówczesnych mistyków to robiło, ponieważ doktryna reinkarnacji jest integralną częścią nauk i naturalnym przedłużeniem wiary w nieśmiertelność duszy, która jest esencją, prawdziwą jaźnią człowieka. Wiara ta jest powszechna w kręgach ludzi o duchowym nastawieniu i jest umacniana przez prawdziwych mistyków. Oczywistym jest, że jeśli dusza jest nieśmiertelna i składa się z tej samej esencji co Bóg – inaczej mówiąc jest kroplą z boskiego Oceanu – czego konsekwencją jest fakt, że nie żyje i nie umiera razem z ciałem fizycznym, musi zatem skądś przychodzić do tego ciała i dokądś z niego odchodzić po jego śmierci. Mamy zatem kwestię, skąd ona przychodzi, dokąd odchodzi oraz co determinuje to jej przychodzenie i odchodzenie. Odpowiedzi dostarcza reinkarnacja poparta zrozumieniem wiedzy na temat wyższych światów i możliwości duszy do ich przemierzania. [...]

Stwierdziwszy, że zagrażają oni (albigensi) Kościołowi katolickiemu, papież Innocenty namawiał europejską szlachtę do podjęcia krucjaty – pierwszej w historii wyprawie chrześcijan przeciwko chrześcijanom. Bogate ziemie i posiadłości albigensów miały być nagrodą, wszystkim uczestnikom krucjaty papież łaskawie obiecał całkowite odpuszczenie grzechów i to nie tylko popełnionych w przeszłości, ale i tych na przyszłość. Dodatkową premią było anulowanie wszystkich długów, jakie uczestnicy krucjaty mieli u żydowskich lichwiarzy.


Pierwszą krew przelano podczas masakry w Beziers 22 lipca 1209 roku. Kiedy zapytano opata Arnauda Amaury, dowódcę krucjaty, w jaki sposób odróżniać heretyków od prawowiernych, odrzekł: Rżnijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich. W samym tylko kościele św. Magdaleny zmasakrowanych zostało sześć do siedmiu tysięcy osób, co było prawdopodobnie największą rzeźnią niewinnych ludzi w Europie przez kilka następnych wieków.


Niewątpliwie niektórzy wówczas musieli sobie przypomnieć słowa Jezusa wypowiedziane do uczniów pod koniec swoich dni na tym świecie, ostrzegając ich przed trudnymi czasami w przyszłości oraz skrajnościami w postępowaniu, które pokażą dopiero religijni nadgorliwcy i przesądni władcy. [...]

[...] Ani Ewangelia Jana, ani Marka w ogóle nie wspominają o narodzeniu z dziewicy. W związku z tym nasuwa się wniosek, że prawdopodobnie żaden z tych autorów w to nie wierzył, bo czyż gdyby wierzył, pominąłby w swej Ewangelii tak ważne wydarzenie? Do czasu, kiedy Jan pisał swoją Ewangelię, to przekonanie już istniało, bo zostało zapisane w Ewangeliach Mateusza i Łukasza. Poza tym, jeśli autor większej części Ewangelii Jana był naprawdę Janem Apostołem, to był najbliższym kompanem Jezusa i tym, któremu Jezus powierzył opiekę nad matką po swojej śmierci. Będąc zatem tak blisko matki i syna, wydaje się mało prawdopodobne, aby mógł przeoczyć tak ważny i istotny fakt.


Za wyjątkiem dwóch krótkich wzmianek na początku Ewangelii Mateusza i Łukasza, żadnych innych informacji na ten temat nie ma w żadnej z Ewangelii. Również żadne z powiedzeń i przypowieści Jezusa nie nawiązuje do tego. Jezus nigdy nie mówił o swoim dzieciństwie i jasnym jest, że w równym stopniu nie przywiązywał wagi do historii swojego narodzenia. W samej rzeczy, kwestia narodzenia z dziewicy, na cały Nowy Testament wspomniana jest tylko w tych dwóch miejscach Ewangelii Mateusza i Łukasza. Ani Paweł – którego listy datowane są na lata pięćdziesiąte lub sześćdziesiąte AD – ani Dzieje Apostolskie, ani Apokalipsa, ani autorzy żadnego z pozostałych listów, nawet nie robią do tego aluzji. Biorąc pod uwagę jego elokwencję, można by się spodziewać, że Paweł powinien był o tym mówić, gdyby uważał narodzenie z dziewicy za część wiary chrześcijańskiej. [...]

Jest również nieźle zawikłany problem braci i sióstr Jezusa. Zazwyczaj wymienia się liczbę czterech braci i dwu sióstr. Do swojej Ewangelii wprowadza ich Marek, dla którego rodzeństwo Jezusa nie jest wcale kłopotliwe, bo nie podziela wiary w narodzenie z dziewicy. Wzmianka o nich pojawia się w momencie, gdy Jezus wraca do Galilei, gdzie ludzie znali go od dziecka.
Z historycznego punktu widzenia nie ma żadnych wątpliwości, że Jezus miał przynajmniej jednego brata o imieniu Jakub, bo Paweł i inni autorzy mówią o nim oraz jest nawet przypisywany mu list w Nowym Testamencie. Paweł osobiście spotkał się z Jakubem i musiał dokładnie znać jego pokrewieństwo z Jezusem oraz rolę, jaką Jakub odgrywał w chrześcijańskiej gminie Jerozolimy. O Jakubie wspomina również historyk żydowski z I w. Józef Flawiusz. Niemniej jednak sprawa rodzeństwa Jezusa jest wielce kłopotliwa dla tych chrześcijan, którzy wierzą w narodzenie z dziewicy, a zwłaszcza dlatego, że – zgodnie z tradycją – wszyscy bracia i siostry Jezusa byli jak się zdaje starsi od niego. Czyżby to był właśnie powód zakłopotania Łukasza ewangelisty? [...]

Istnienie starszych braci i sióstr nie zgadzało się zatem z opowieściami o narodzeniu z dziewicy i w związku z tym zaczęły powstawać różne mity, mające na celu wyjaśnienie tego problemu. Prawdopodobnie najbardziej pomysłową z nich była historyjka twierdząca, że Józef był wdowcem. Jego poprzednia żona urodziła mu sześcioro dzieci, ale zmarła, gdy Jakub był jeszcze bardzo mały. Wówczas zaręczył się z Marią i ożenił się, a Jezus był jedynym owocem ich związku, zaś Maria wychowała Jakuba i pozostałe dzieci swego męża.


Historia ta pojawiła się po raz pierwszy w zachowanym manuskrypcie opowiadającej o narodzeniu Jezusa „Ewangelii” datowanej na II lub III w., pt. Protoewangelia Jakuba, lecz prawdopodobnie krążyła ona z ust do ust wcześniej. Do późnego średniowiecza była dość popularna i znalazła swe miejsce w wielu manuskryptach, występując w nich w najróżniejszych odmianach i wersjach. Znalazła się ona również w niektórych apokryficznych pismach koptyjskich, które najprawdopodobniej korzystały z Protoewangelii jako źródła. Podane tam zostały imiona dwu przyrodnich sióstr Jezusa, Lidia i Lizja, chociaż gdzie indziej występują inne imiona. [...]

Doktryna o narodzeniu z dziewicy nie tylko nie istnieje w Nowym Testamencie za wyjątkiem omówionych wyżej opowieści u Mateusza i Łukasza, ale wielu wczesnych chrześcijan również ją odrzucało. Na przykład ebionici, najstarsi żydowscy chrześcijanie zamieszkali w Palestynie, czyli najbliżej sceny rozgrywających się wydarzeń, zdecydowanie ją odrzucali. A oto co pisze o nich Epifaniusz:


Twierdzą oni, że Jezus zrodzony został z nasienia męskiego i był wybrany, zaś z Boskiego wyboru zwany był Synem Bożym od Chrystusa, który zstąpił na niego z góry na podobieństwo gołębia. I zaprzeczają, jakoby był on poczęty przez Boga Ojca.
(Epiphanius, Panarion 30:13.7-8, ANT p.10)



Nieznany autor Constitutions of the Holy Apostles pisze o nich, że: Ebionici uważają Syna Bożego za zwykłego człowieka, poczętego w ludzkiej przyjemności i w połączeniu Józefa z Marią.


Dla Żyda koncepcja, że Bóg mógłby być ojcem dziecka zrodzonego z ziemskiej matki, jest czymś odrażającym, dlatego trudno się dziwić, że nie przyjęła się wśród chrześcijan o podłożu judejskim. Wiara w taką boską interwencję mogła przemawiać do nie-Żydów, a zwłaszcza tych, którzy byli pod wpływem kultury greckiej, gdzie Zeus i pozostali bogowie znani byli ze swoich seksualnych wyczynów z ziemskimi kobietami, owocem których często bywały dzieci. W samej rzeczy, niektóre z sielankowych scen w Protoewangelii Jakuba są zwyczajnie chrześcijańską propagandą mającą na celu ustawienie Jezusa na prominentnym miejscu wśród herosów i bogów greckiego panteonu.


Wielu syryjskich chrześcijan, w tym autor Dziejów Tomasza, również musiało odrzucać tę koncepcję, a zwłaszcza w pierwszych wiekach, bo z ich wierzeń można wywnioskować, że Judasz Tomasz był nie tylko bratem Jezusa, ale w dodatku był jego bliźniaczym bratem! Dla nich Didymos Judas Thomas był człowiekiem, który założył gminy chrześcijańskie na Wschodzie, a zwłaszcza w Edessie, zaś według późniejszej tradycji – jak znajdujemy w Dziejach Tomasza – wybrał się nawet w podróż do Indii. Greckie słowo didymos i aramajskie słowo thomas oznaczają bliźniak. Był on zatem Judą bliźniakiem, co zgadzałoby się z imieniem Juda na liście rodzeństwa Jezusa w Ewangelii Marka.


Większość ludzi posiadających zapatrywania o bardziej gnostyckim zabarwieniu, również nie wierzyło w tę historię. Autor Ewangelii Filipa pisze o tym całkiem jednoznacznie: Niektórzy mówią, że Maria została zapłodniona przez Ducha Świętego. Są w błędzie i sami nie wiedzą co mówią. [...]

W końcu zawsze do jednostki należy decyzja co jest dla niej prawdziwe, a co nie. Jeśli przyjmie się, że Prawda leży wewnątrz, to niezbywalnym prawem każdego człowieka jest szukanie jej dla siebie, bez względu na to, gdzie go ona zaprowadzi, aby szacować wszystko w sobie, niezależnie i z największą dozą dyskryminacji, inteligencji i percepcji na jaką go stać. Potrzeba tylko szczerości w dążeniu do celu. Poszukując poza uwarunkowaniami młodości i kultury, próbując przewyższyć uprzedzenia i nawykowe modele myślenia i wierzeń, które zawężają jego horyzonty, sięgając zawsze po najwyższe i najbardziej uniwersalne, każdy człowiek musi szukać i szukać. Bo jeśli nie ma szukania wyższej ścieżki lub celu, wówczas życie sprowadza się do niczego więcej, jak do zwyczajnej materialnej wegetacji.

1 komentarz:

  1. Dziękuję za tłumaczenie i udostępnienie tak potężnego dzieła. Potężnego zarówno pod względem treści, jak i objętości :)

    OdpowiedzUsuń